Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oolong. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oolong. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 lutego 2019

Tschanara - plantacja herbaty w Niemczech

W maju ubiegłego (2018) roku miałem w końcu szansę odwiedzić małą niemiecką plantację herbaty w niemieckiej Nadrenii-Północnej Westfalii. Odkąd dowiedziałem się o jej istnieniu, bardzo chciałem tam pojechać, bo to przecież "tak blisko", że szkoda byłoby nie zajrzeć.



Tschanara znajduje się w miejscowości Odenthal-Scheuren, w delikatnie górzystym terenie, niedaleko od wielkiej aglomeracji Ren-Ruhra. Po drodze miejskie krajobrazy szybko znikają, a teren staje się coraz bardziej pagórkowaty, miejscami nieco górzysty. W takiej właśnie okolicy, na stoku, ulokowała się plantacja.



Prowadzona jest przez koreańsko-niemieckie małżeństwo i wiele jest w niej elementów charakterystycznych dla Korei - zestaw do herbaty, w którym właściciele parzą własną herbatę, wiele krzewów zostało przywiezionych z Korei.
Jednak znajdziemy tam nie tylko krzewy koreańskie. Aby zbadać, które odmiany najlepiej zaaklimatyzują się w lokalnych warunkach, właściciele plantacji sprowadzili rozmaite odmiany krzewu herbacianego z różnych stron świata, m.in. z Tajwanu, Chin, Indii, czy nawet z Azorów, które do niedawna mogły pochwalić się jedynymi w Europie (ale jednak nie na kontynencie) uprawami herbaty.
Obecnie, w związku ze zmianami klimatu, uprawy herbaty pojawiają się w Niemczech, Holandii, Szwajcarii, a nawet Szkocji. Większość z nich zrzeszona jest w organizacji Tea Grown in Europe.



Atmosfera na samej plantacji jest niesamowita. Z jednej strony rosnące w rzędach krzewy herbaciane pozwalają poczuć się jak w egzotycznej scenerii, z drugiej strony swojskie muczenie krów, widok środkowoeuropejskiego lasu na horyzoncie, nie pozwalają zapomnieć, że jesteśmy w sercu Europy, o pół godziny jazdy od Kolonii czy Duesseldorfu.













A sama herbata? Wspaniała. Siedząc przy wspólnym stole, w cieniu drzew, mając na wyciągnięcie ręki krzewy herbaty, piliśmy oolonga i herbatę zieloną. Parzył je sam właściciel, były to oczywiście herbaty z Tschanary. W smaku były wyśmienite i czuć w nich było delikatnie, że są niezależne, tutejsze, jedyne w swoim rodzaju. Szkoda, że w tamtym momencie nie były jeszcze wprowadzone do sprzedaży... ale w prezencie otrzymałem paczkę herbaty zielonej, o której niebawem napiszę.

P.S. Wielkie podziękowania należą się Magdzie, Jackowi i Miłoszowi :)

czwartek, 4 stycznia 2018

Organic Cui Yu Dong Ding Oolong 2017

W dzisiejszym parzeniu wyjątkowe było to, że właściwie każdy z jego elementów miał dla mnie duże znaczenie. Oczywiście, parzenie herbaty samo w sobie jest zawsze wyjątkowe, a przynajmniej staram się, żeby tak było, dziś jednak było coś jeszcze.



Zacznijmy od herbaty - Dong Ding Oolong był pierwszą herbatą opisaną przeze mnie na blogu! I choć ciężko będzie w to uwierzyć, od tamtej pory nie piłem często tego rodzaju oolonga... aż do niedawna, kiedy kupiłem go podczas zakupów u Wojtka z The Tea. Opisywana dzisiaj herbata, to organiczny Cui Yu Dong Ding Oolong. Jak mówił sam Wojtek, jest to klasyczny, niskooksydowany oolong, bez szału, ale przyzwoity.
Dla mnie jednak szał jest. Od kiedy pierwszy raz w życiu spróbowałem dobrego oolonga (a był to właśnie niskooksydowany Dong Ding) zakochałem się w tym śmietankowo-kwiatowym aromacie i smaku. Kiedy więc Wojtek mówił, że to taki "klasyczny, poprawny oolong" wiedziałem, że bardzo chcę go wypić. I nie zawiodłem się, herbata smakuje dokładnie tym, za co pokochałem tę grupę herbat, aromat jest bardzo wyraźny, przyjemny. 



Liście pozwijane są w zgrabne grudki, dość duże (zauważyłem jakiś czas temu, że bywają oolongi pozwijane w bardzo drobne grudki i zazwyczaj okazują się wtedy niskiej jakości). Kolor mają zielono-szmaragdowy, ta wersja herbaty nie jest podprażana (ewentualnie jest, ale bardzo delikatnie).

Porcję herbaty przesypałem do drewnianej łódeczki autorstwa Krzysztofa, który wytwarza drewniane akcesoria herbaciane. Należy do przesympatycznej grupy kieleckich herbaciarzy, której cechą szczególną jest bardzo niska średnia wieku (to prawdopodobnie w tej grupie znajduje się najmłodszy polski herbaciarz, choć jeszcze akurat jego nie miałem okazji poznać). O Krzysztofie będzie jeszcze za chwilę, bo łódeczka to nie jedyne cudo jego autorstwa. O ile dobrze pamiętam, jest wykonana z jesionu, z miejscowego drewna. Podoba mi się taki naturalny, lokalny akcent. Wiele osób utyskuje, że w Polsce kultura herbaty nie stoi na wysokim poziomie, a może właśnie dzięki takim ludziom jak herbaciarze, którzy są artystami-rzemieślnikami uda się ją podnieść na wyższy poziom. Łódeczka ma piękne, naturalne, nieregularne kształty, nie pachnie, dzięki czemu można bez przeszkód podziwiać aromat liści herbaty. Jest jedna rzecz, która sprawia, że jest mi wyjątkowo bliska - dostałem ją od Krzysztofa w prezencie urodzinowym.



Dzisiejsze chaxi to jednak nie tylko ta łódeczka. O gaiwanie autorstwa Andrzeja Bero już pisałem. Stali czytelnicy powinni też już poznawać obrusik przywieziony z Korei. Nowością są: szklane morze herbaty i czarka. Morze znalazłem kilka dni temu podczas zakupów "u Wietnamczyków" czyli na Marywilskiej (w Warszawie). Kupiłem też oczywiście trochę herbat, które czekają na swoją kolej. Gdy okazało się, że do odjazdu autobusu mam jeszcze kwadrans, przeszedłem się niespiesznie pomiędzy sklepikami i trafiłem na sklep z artykułami domowymi, gdzie w rogu, zakurzone i niechciane leżało najprawdziwsze szklane morze herbaty, jak z tych wszystkich super-hiper HD i w ogóle filmików na youtubie. Nie mam pojęcia, czy sprzedawca miał świadomość, że to jest prawdziwe morze herbaty (obstawiam, że nie, tym bardziej, że urodę miał bliskowschodnią, a nie wiem, jak u nich ze znajomością gong fu cha). Zapytałem o cenę, sprzedawca przechylił głowę, jego oczy mówiły: "u mnie było coś takiego?" i odpowiedział, że osiem złotych. 
Napar każdej herbaty prezentuje się niesamowicie w takim naczyniu.




A teraz czarka: też łączy się z nią sentyment, bo to także jest prezent urodzinowy. Tym razem od Jakuba, z tej samej kieleckiej grupy, który od pewnego czasu doskonali swoje umiejętności ceramika. Czarka jest dość duża (w sam raz na porządne jednoosobowe herbatowanie), będzie idealna na lato. Jest jasna, więc zielone herbaty będą się w niej ładnie prezentować, niska, ale szeroka, dzięki czemu napar zdąży odrobinę przestygnąć przed wypiciem. W pakiecie prezentowym był jeszcze hohin, ale jest za duży na dzisiejsze parzenie. Pewnie wystąpi przy innej okazji.




No i stolik. Tak, ten stolik, to jest coś. Od czasu wizyty w Korei chorowałem na taki naturalny, drewniany stolik o surowej, nieco chropowatej estetyce. Tam chyba wszyscy herbaciarze takie mają i po prostu musiałem mieć i ja. Ale nie mam pojęcia jak się pracuje z drewnem (bo naprawdę myślałem o tym, żeby samemu sobie zrobić). Na szczęście latem minionego roku na spotkaniu herbacianym zmówiłem się z Krzysztofem, który obiecał taki stolik dla mnie zrobić. I zrobił, czego efekt widać na zdjęciu. Ja osobiście jestem zachwycony.




Wróćmy do herbaty. Zagotowałem sobie wodę, przygotowałem chaxi, przesypałem porcję herbaty na łódeczkę. W tym czasie woda się uspokoiła i odrobinę przestygła, akurat na zielonego oolonga. Przekonałem się do sposobu parzenia, jaki sugerowała Ania Włodarczyk na swoich warsztatach - zamiast króciutkiego budzenia herbaty, które się zazwyczaj wylewa, łączy się budzenie z pierwszym parzeniem, trwa ono wtedy tak w przybliżeniu do minuty. Dobrze się to sprawdza ze skręconymi oolongami, które dzięki temu mają szansę nieco nasiąknąć wodą. Wlewam nieco wody do gaiwana, aby go rozgrzać, przelewam ją do morza, wrzucam liście do rozgrzanego gaiwana i zalewam wodą z czajnika. W czasie, kiedy herbata parzy się po raz pierwszy, przelewam wodę z morza do czarki, spokojnie rozgrzewam czarkę i niespiesznie wylewam wodę do naczynia na zlewki. Po tym czasie przelewam napar z gaiwana do morza i okazuje się, że jest wyśmienity. Czyli sposób działa. Okazało się też, że napar przelany z gaiwana mieści się idealnie w czarce, w takim razie do kolejnych parzeń morze herbaty nie będzie mi już potrzebne. A było tych parzeń wiele, bo to wydajna herbata.



Herbata jest pyszna, aromatyczna, wspaniale wypełnia usta smakiem. Piję ją powoli i zapominam o całym świecie.

Garść odnośników:
do sklepu thetea.pl
Jakub prowadzi na Facebooku profil Jakubtpottery
Krzysztof prowadzi profil Tea woodworks

niedziela, 19 listopada 2017

Tie Guan Yin z Muzha, nowy gaiwan i pojemnik na herbatę

Niedawno miałem okazję zaparzyć w domu Tie Guan Yin z Muzha. Muzha, to obecnie dzielnica stolicy Tajwanu, Tajpej, a pochodząca stamtąd wersja Tie Guan Yin, którą dziś opisuję była mocno podprażana (idealna na coraz zimniejsze dni). Spotkania z tą herbatą były bardzo ciekawe i wiele mnie nauczyły. Zaparzała się mocniej i szybciej niż się tego z początku spodziewałem, przez co parzyłem ją uważnie i w skupieniu. Musiałem dostosować ilość liści do charakteru herbaty tak, żeby uzyskać napar o wyważonym smaku. Było to dla mnie dobre, ponieważ parzenie herbaty po pewnym czasie może nabrać cechy czynności wykonywanej automatycznie, a wcale mi na tym nie zależy.

Dodatkowo, w okresie, kiedy miałem tę herbatę u siebie, przeczytałem gdzieś (prawdopodobnie na blogu Teamasters), refleksję mówiącą, że prawdziwą ideą przyświecającą gong fu cha nie jest wcale parzenie dużej ilości liści przez krótki czas, lecz harmonijne wyważenie wszystkich elementów parzenia i skupienie na herbacie.



Tie Guan Yin z Muzha postanowiłem od samego początku parzyć w gaiwanie. Była to dla mnie raczej nowa herbata, nie miałem wcześniej z nią zbyt często do czynienia, a już na pewno nie parzyłem jej nigdy sam w domu. Gaiwan, mimo tego, co się może wydawać osobom, które nie używały go wcześniej, jest jednym z najlepszych naczyń do parzenia herbaty, zwłaszcza takie, której jeszcze się dobrze nie poznało - pozwala na kontrolowanie procesu parzenia dzięki temu, że można bardzo łatwo zerkać do wnętrza i podglądać, czy herbata jest już wystarczająco mocno zaparzona.



Wybrałem mój najnowszy nabytek, gaiwan od Andrzeja Bero, który kupiłem ze względu na to, że mi się po prostu podobał, jak i na efekt, jaki miał się na nim pojawić. Już po pierwszych kilku zaparzeniach pęknięcia szkliwa zabarwiły się od herbaty i powierzchnia naczynia, tak wewnątrz, jak i na zewnątrz pokryła się niesamowitą siatką ciemnych żyłek. Widywałem wcześniej naczynia z taką dekoracją jedynie w internecie i niezmiennie mnie zachwycały. Co ciekawe, pokrywka pozostaje nienaruszona. Andrzej Bero sugerował, żaby moczyć ją w herbacie dla uzyskania tego samego efektu, ale mnie ten kontrast się podoba, tym bardziej, że podstawka również nie ma widocznej siatki spękań i powstaje swoisty wzór: gładka podstawka, na niej główna część gaiwana ze spękaniami przykryta znowu gładką pokrywką.



Gaiwan idealnie prezentuje się z czarką od Anety Zatyki, którą mam już od dłuższego czasu. Można by pomyśleć, że pochodzą z jednego zestawu, a tak naprawdę to dzieła dwóch ceramików. Morzem herbaty jest tutaj sugu z mojego pierwszego koreańskiego zestawu. Dopełnieniem jest naczynie na herbatę, też kupione u Andrzeja Bero w czasie poznańskiego festiwalu herbaty "Zaparzaj!". Takie pojemniki na herbatę w Korei nazywane są chaho [cia-ho] lub daho [ta-ho] (po chińsku będzie ty chyba chahu, po japońsku chako, tak myślę). Od dawna chciałem taki mieć, a ten konkretny jeszcze w dodatku przypomina wyglądem tradycyjne koreańskie onggi, czyli dzban do kiszonek (przy czym prawdziwe onggi są dużo większe).




Jak widać, zwiniętych w kuleczki liści herbaty nie wsypałem dużo. Taka ilość w zupełności wystarczy do przyrządzenia naparu, który dla mnie ma smak wystarczająco intensywny. Ta herbata zaparza się bardzo szybko (mimo liści zwiniętych w kulki). W zapachu liści wsypanych do wygrzanego gaiwana wyraźnie wyczuwalne jest prażenie i tak też jest z samym naparem. Gdy piłem tę herbatę czułem, że jest to oolong, ale smak prażenia był chyba na pierwszym miejscu. Napar ma kolor miodowy, pozostaje taki przez wszystkie parzenia (w końcowych często jest bledszy niż na początku, ale to naturalne).



 Nie będę pisać o ilości liści, temperaturze wody, czy czasie parzenia, bo już dawno przestałem takie dane rejestrować, czy w ogóle zwracać na nie większą uwagę. Kiedy przygotowuję wodę na herbatę, pozwalam jej tylko nieco ostygnąć (jeśli mam parzyć oolongi), zanim przeleję ją do termosu. Ilość liści i czas poszczególnych parzeń, to już kwestia wybitnie indywidualna i według mnie powinna wynikać z dokładnej obserwacji herbaty i jej zachowania. Wtedy herbatę parzy się z uwagą i skupieniem, czas przeznaczony na parzenie poświęcając tylko i wyłącznie obcowaniu z herbatą i jej duchem.



Jeszcze jedna mała uwaga: ja słowo "gaiwan" wymawiam jak najbliżej chińskiego oryginału, czyli "gaiłan".

piątek, 17 lutego 2017

Da Hong Pao

Da Hong Pao, czyli "Wielka purpurowa szata", to jeden z najbardziej znanych oolongów, określany czasem mianem najdroższej herbaty świata. Odnosi się to oczywiście do liści pozyskiwanych z kilku starych krzewów rosnących w górach Wuyi. Ale ponieważ zapotrzebowanie na dobrą herbatę jest duże, obecnie produkuje się ten rodzaj oolonga z innych okolicznych krzewów, mniej lub bardziej spokrewnionych z tymi kilkoma oryginalnymi. Legend o pochodzeniu nazwy słyszałem co najmniej kilka, nie będę może ich tu przytaczać, bo zostały już opisane na pewno w wielu innych miejscach, a dodatkowo nie przepadam za legendami, tak już mam. W każdym razie wspólny mianownik tych, które znam mówi o tym, że ktoś był tym krzewom wdzięczny za herbatę i podarował im purpurową szatę. Na pewno się ucieszyły.

Moją wersję kupiłem w The Tea pod nazwą 2015 Zhengyan Da Hong Pao from Buddha Country Cliff, był to nieplanowany zakup, na zasadzie "a co tam jeszcze masz?", okazał się za to zakupem bardzo dobrym. Miałem już wcześniej okazję spróbować Da Hong Pao z innego źródła, nie była jednak tak dobra. Ale do rzeczy:



Użyłem czajniczka autorstwa Andrzeja Bero, który u mnie służy głównie do mocniej oksydowanych herbat chińskich (jest w środku szkliwiony, co pozwala na stosowanie go do wielu różnych herbat). Przy okazji postanowiłem nie korzystać z czapana, na którym parzę na co dzień, ale skomponować sobie Chaxi, żeby nadać tak szlachetnej herbacie właściwą oprawę. Wykorzystałem materiał, który wcześniej często służył mi jako ręczniczek do herbaty, dzięki czemu powstały na nim ciekawe wzory po herbacianych plamach (pewnie na zdjęciu nie będzie widać). Pod czajniczek postawiłem talerzyk-podstawkę, a jako morza herbaty użyłem sugu z małego koreańskiego zestawu, nie mam jeszcze morza do tego czajniczka.



Do zaparzenia użyłem całej bambusowej łódeczki. Dociekliwym muszę niestety powiedzieć, że nie wiem, ile herbaty się na niej mieści. Mogę co najwyżej powiedzieć, wzorem mojej nauczycielki, pani Pak, że herbaty mieści się "o, tyle" :D Woda miała temperaturę pewnie około 90-93 stopni gdy wlewałem ją do termosu.



Budzenie herbaty, czyli pierwsze kilkusekundowe parzenie, wyszło na tyle intensywne w kolorze, bursztynowe, że trafiło do konsumpcji zamiast to naczynia na zlewki. Było bardzo smaczne. Pojawiły się w nim te charakterystyczne cechy wysoko oksydowanych oolongów, a w szczególności właśnie te cechy, które charakteryzują Da Hong Pao, smak prażenia, skórki od chleba, i tyle jeszcze innych rzeczy, których nie potrafię nazwać. I wszędzie unosił się wspaniały zapach. Z uwagi na moc budzenia, kolejne parzenia również były krótkie, począwszy od kilkusekundowych. I wtedy się zaczęło! Pierwsze parzenie, dłuższe o jakieś trzy, cztery sekundy od budzenia, dało napar o bardzo intensywnym, wspaniałym, głębokim smaku, to co odczuwalne było wyraźnie w budzeniu, tutaj pokazało się w pełnej formie. Ale nie chodzi mi o to, że herbata wyszła jakoś specjalnie za mocna, nie, przeciwnie, była idealna. Pełnia smaku utrzymywała się jeszcze przez trzy lub cztery parzenia (przyznam szczerze, że nawet ich nie liczyłem), aż zabrakło wody w termosie.



Jeśli miałbym porównać tę wersję Da Hong Pao z tym, czego próbowałem dawniej, to tamta dawna wersja była płaska, bez wyrazu i uboga w porównaniu z Da Hong Pao kupionym w The Tea.
I nie podzielę się nawet z nikim, bo wypiłem już wszystko. Chciałem sobie kupić jeszcze, ale w sklepie na razie nie ma, pozostaje czekać na świeżą dostawę.

niedziela, 9 października 2016

Autumn

POLSKI 한국어

The autumn is already here even though the summer fought until the very end. But the temperature is low, daytime gets significantly shorter.
The beginning of autumn is the time when I switch from refreshing green teas to the teas which make me feel warmer. Autumn is the time for oolong teas and it is not my own idea - the Chinese medical knowledge describes green tea as something which cools your body down thus it is best drunk in hot season. And oolong teas are believed to be best for autumn because they are more oxidised, sometimes even roasted and give the body more fire energy.



I usually brew greean teas in my Korean tea set but when it comes to oolong teas I prefer to use the tea pot made by Andrzej Bero. It resembles Yixing tea pots in size and shape and is glazed inside so I can use it for many kinds of teas actually. When my tea passion began I really dreamed of a collection of Yixing tea pots, each dedicated to a different kind of tea but then I started getting know more and more about Yixing, the production, costs, and what you can actually buy nowadays when you think you are buying a Yixing tea pot. So I made up my mind to get myself just one, but a really good one, tea pot. I really like this one, its design and somewhat austere esthetics and I like the idea of having just one tea pot instead of a whole collection. Less is more.



Also in the photos you can see my chapan. I bought it in the beginning of summer. I wanted to have one very much. Now I can see why I liked it, I appreciate the practical side of a chapan but again, I am turning towards something more simple. The chapan I own now is quite elegant in looks, I could use it well with fine porcelaine.



The tea I was making while taking the photos is Ali Shan Oolong from Taiwan. A lightly oxidised and probably roasted tea, with a nice taste of something like baked bread. Before I was drinking Dong Ding Oolong form the same source and the taste was quite similar. Of course, many tea drinkers would distinguish taste differences, discuss the aftertaste etc but that is not really my way of drinking tea. Just making good tea in silence and peaceful atmosphere is enough for me.



And there is one more thing which surprises me a lot. Last year, when I started my Way of Tea and my blog, I used to make tea using a lot of equipment - timer, scales, thermometer. I am quite a perfectionist and could not imagine making good tea without measuring everything precisely. Well... I do not do it anymore. I simply know when the water has the right temprerature, how much tea leaves I should put into the tea pot and when the tea is ready. It is like Ms Park, my Korean tea techer said: "just make the tea. You cannot fail with a good tea".

piątek, 7 października 2016

Jesień

ENGLISH  한국어

Lato skończyło się, choć dzielnie walczyło do końca, dzięki czemu początek jesieni mieliśmy w tym roku ładny i słoneczny. Temperatura jednak spada nieubłaganie, a dzień staje się coraz krótszy; jesień bez dwóch zdań.
Początek jesieni, to czas, kiedy odstawiam orzeźwiające zielone herbaty i sięgam po te, które dają więcej ciepła. Jesień, to dla mnie czas wulongów. I żeby nie było, to nie jest moje widzimisię - chińska wiedza medyczna zalicza herbatę zieloną do pokarmów schładzających, stąd zaleca jej picie w gorącej porze roku. Idąc tym tropem - jesienią dobrze pić wulongi, jako herbaty mocniej oksydowane, czasem podprażane, dostarczające ciału więcej elementu ognia.


O ile herbaty zielone zazwyczaj parzę w moim koreańskim zestawie, o tyle wulongi (między innymi) parzę w czajniczku autorstwa Andrzeja Bero, który idealnie nadaje się do metody gong fu cha, ponieważ jego wymiary i kształt mocno nawiązują do czajników z Yixing (o to też chodziło). Chciałem kiedyś, jak wielu herbaciarzy, posiadać całą kolekcję czajniczków z Yixing, każdy do innego rodzaju herbaty. Jednak im więcej dowiadywałem się o ich dostępności, cenach, zasobach gliny i tego, co obecnie można kupić jako czajniki z Yixing, postanowiłem trochę sobie odpuścić. Kupiłem sobie jeden, który bardzo mi się podoba, jest w środku szkliwiony, dzięki czemu nadaje się do wielu rodzajów herbaty. Coraz bardziej przekonuję się do tego, że zamiast bogatej kolekcji czajników chcę mieć jeden, o dość prostej, może nawet surowej estetyce. Mniej znaczy więcej.


Na zdjęciach widać też kolejny mój nabytek, czyli ciemny chapan. Naoglądałem się ich w początkach mojej pasji herbacianej i oczywiście chciałem mieć, kiedy więc nadarzyła się okazja, od razu kupiłem. Doceniam jego praktyczną stronę, rozumiem dlaczego spodobał mi się wcześniej - wygląda na elegancki, szykowny, dobrze się komponuje z porcelanowymi, zdobionymi naczyniami. Jednak obecnie, podobnie jak z tymi czajnikami, skłaniam się ku czemuś prostszemu, skromniejszemu w wyrazie, czemuś może bardziej surowemu.


Herbata, którą parzyłem robiąc zdjęcia do tego wpisu, to Ali Shan Wulong z Tajwanu. Raczej nisko oksydowany, lekko podprażany, co daje mu charakterystyczny posmak skórki od chleba. Po kilkukrotnym zaparzeniu kuleczki rozwijają się i można wtedy podziwiać gałązki z trzema pierwszymi liśćmi. Wcześniej, na przełomie lata i jesieni, parzyłem Dong Ding Wulong z tego samego źródła, o podobnych cechach. Obie herbaty bardzo mi smakują, jednak nie czuję między nimi większej różnicy. Ale niuanse smakowe pozostawiam tym, którzy czerpią z nich radość. Mnie wystarczy dobra herbata przyrządzona w ciszy, spokoju i skupieniu.


I na zakończenie najważniejsza chyba sprawa, dość ciekawe i zastanawiające dla mnie osiągnięcie w przededniu pierwszych urodzin bloga i w rok po moim herbacianym przebudzeniu - nie będę już zamieszczać informacji o temperaturze wody, czasie parzenia, ilości użytych liści. Po prostu przestałem to wszystko odmierzać. Nie sądziłem, że kiedykolwiek do tego dojdzie, bo jestem chyba nieuleczalnym perfekcjonistą, ale zawsze skrycie o tym marzyłem - żeby było jak najprościej, jak najbardziej pierwotnie. Teraz naprawdę czuję, kiedy przestać wsypywać liście do czajnika, kiedy woda ma odpowiednią temperaturę i czy herbata już powinna być wylana z czajnika. Słowa pani Pak urzeczywistniły się: "po prostu ją zaparz. Dobra herbata po prostu ci wyjdzie".

wtorek, 20 września 2016

Aromatyzowane wulongi

Nie tak dawno, podczas wizyty u koleżanki, miałem okazję spróbować chińskich aromatyzowanych wulongów, był to upominek z Chin od osoby, która nie zajmuje się specjalnie herbatą, ale chęci miała szczere.


Na opakowaniu udało mi się odczytać znaki mówiące o tym, że jest to Tie Guan Yin, co mnie ucieszyło, bo to zazwyczaj dobra herbata. Zastanawiało mnie, dlaczego opakowania różnią się między sobą kolorem, skoro wszystko wskazywało na to, że pochodzą od tego samego producenta.

Najlepsza metoda, żeby dowiedzieć się jakie coś jest, to oczywiście spróbować tego, przystąpiliśmy zatem ochoczo do rozcinania opakowań. Pierwsze otworzyłem to żółte, wsadziłem nos do środka, powąchałem i... powąchałem jeszcze raz. Nie mogłem uwierzyć, więc wziąłem kilka głębokich oddechów z dala od opakowania i spróbowałem jeszcze raz. To samo. Jak nic, cytrusy! Tyle, że był to raczej zapach z rodzaju tych syntetycznych. Spojrzałem zdumiony na Agę. "Pierwszy raz spotykam się z taką herbatą", powiedziałem. Ciekawi tego, co kryło się w drugim opakowaniu czym prędzej je otworzyliśmy, zastanawiając się, co może się kryć za jego kolorem. Zaczęliśmy wąchać. "Mnie to niczego specjalnie nie przypomina", powiedziałem. Aga wzięła ode mnie paczkę i powąchała. "Coś jakby truskawki", zawyrokowała po chwili. Rzeczywiście, aromatowi najbliżej było do truskawek. I to od tej herbaty postanowiliśmy zacząć naszą degustację. 

Dysponowaliśmy standardowym zachodnim czajnikiem szklanym (czyli około 1,5 litra), wobec czego zaparzyliśmy herbatę po europejsku, przez 2 minuty. Bardzo byliśmy ciekawi efektu. Po zaparzeniu herbata miała całkiem odpowiedni kolor, pachniała wspomnianym wcześniej "czymś jakby truskawkami". Przystąpiliśmy do picia. Ostrożnie, chcąc dokładnie posmakować naparu zaczęliśmy siorbać. Po kilku łykach zgodnie stwierdziliśmy, że herbata jest na tyle ciekawa i nietypowa, że resztę naparu wylewamy do zlewu i dajemy sobie spokój z drugą paczką. 
To było bardzo ciekawe doświadczenie. Choć drugi raz bym po te herbaty nie sięgnął, to cieszę się, że mogłem się dowiedzieć, że takie też istnieją. Wiedzieć zawsze warto.

niedziela, 11 września 2016

Sierpniowe Warsztaty Herbaciane *August Tea Workshop




[Please scroll down for English]

Stali czytelnicy blogów herbacianych znają zapewne blog Morze Herbaty prowadzony przez Anię. Miałem przyjemność poznać ją osobiście w tym roku podczas herbacianego spotkania noworocznego (było to notabene jedno z tych spotkań, które bezpośrednio doprowadziło do powstania Warszawskiego Kolektywu Herbacianego), potem wziąłem udział w organizowanych przez nią warsztatach chińskiej sztuki herbaty i... ciągle czułem niedosyt. Ania dysponuje ogromną wiedzą z zakresu herbaty i ceramiki, wyjątkową umiejętnością  przekazywania tej wiedzy i osobowością, która inspiruje (a przynajmniej inspiruje mnie).


Warszawski Kolektyw Herbaciany umówił się z nią, że przy okazji jej obecnej wizyty w Polsce, zorganizuje dla nas zaawansowane warsztaty z herbat turkusowych i tajwańskich oraz ceremonii gong fu cha.
Warsztaty te odbyły się w ostatni weekend sierpnia i trwały dwa dni, były więc nie tylko zaawansowane, ale i intensywne.
Zdobyliśmy naprawdę sporo wiedzy, poznaliśmy rozmaite rodzaje herbat turkusowych z Chin kontynentalnych i Tajwanu oraz herbat tajwańskich, przyjrzeliśmy się bliżej procesowi ich produkcji w zależności od rodzaju herbaty oraz doskonaliliśmy nasze umiejętności w zakresie parzenia herbaty metodą gong fu cha.



Trudno przecenić to wszystko, bo zupełnie czym innym jest czytanie o tym, a czym innym praktyka, oglądanie i wąchanie liści. Mając możliwość samodzielnego zaparzenia herbaty można szybciej wychwycić cechy charakterystyczne i różnice.
Sama metoda gong fu cha też mnie zaskoczyła - wydawało mi się, że mam ją z grubsza opanowaną, ale gdy przyszło mi zaparzyć herbatę okazało się, że ciągle o czymś zapominam, używam nie tej ręki, co trzeba itp.
Dobrze było się także dowiedzieć paru bardzo praktycznych rzeczy: że parzenie z użyciem tacy chapan, kiedy to chlapie się wodą na lewo i prawo, nie należy do eleganckich; że układ ręki podczas przelewania herbaty z czajnika do morza herbaty nie powinien wyglądać na bolesny, czy to, że czas parzenia jest różny dla wulongów zielonych i tych bardziej oksydowanych. Tych porad było tyle, że trudno mi nawet wszystkie teraz przywołać. Na pewno są one wszystkie w mojej głowie i w odpowiednim czasie dadzą o sobie znać.





Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką wyniosłem z tych warsztatów jest także świadomość atmosfery spotkania herbacianego. Atmosfera spokoju i ciszy stworzona przez Anię pozwoliła nam w pełni cieszyć się herbatą i wcale nie było sztywno ani smutno. Jeśli pamiętacie, był to bardzo gorący weekend, jadąc na warsztaty zastanawiałem się, czy wytrzymamy w takim upale (zapomniałem, że przecież wymyślono klimatyzację). Przejście ze świata zewnętrznego, pełnego gorąca, ludzi, hałasu, bodźców, do sali herbacianej, w której czekały na mnie uśmiechnięte twarze towarzyszy oraz wszechobecny nastrój skupienia i wyciszenia - było bardzo odczuwalne, jak jeszcze chyba nigdy wcześniej. Styl parzenia herbaty zaprezentowany przez Anię, minimalistyczny, pełen wysublimowanej prostoty odcisnął istotne piętno na moim wyczuciu herbacianej elegancji.


[ENGLISH]
If you happen to read Polish tea blogs you probably know Morze Herbaty blog by Ania. I had the pleasure to meet her at the beginning of this year at the New Year's tea meeting (it was also the meeting which led to the formation of the Warsaw Tea Society), then I took part in Chinese tea art workshop organised by her and still felt it was not enough. Ania has great knowledge of tea and pottery, a wonderful ability to convey the knowledge and a very inspiring personality.
The Warsaw Tea Society agreed with her to organise an advanced tea workshop while she is in Poland this summer. The workshop took place at the last weekend of August and lasted two days, so it was advanced and intense. It was about turquoise and Taiwanese tea.
We learned a lot about different kinds of tea, looked closely at the leaves, learned about the production process and also learned more about the gong fu cha ceremony.
The gong fu cha itself surprised me a lot. I had thought I know the basics of it but when it was my turn to make tea it turned out I keep forgetting things, keep using the wrong hand etc. We also learned some very interesting facts: using a chapan tea tray and spilling water all around it is not considered very elegant, when we pour tea from the teapot into the chahai pitcher the gesture should not look painful, that steeping time is different for green wulong and more oxidised wulong teas. There was so much advise I cannot recall all of it right now but it is all somewhere in my mind and I am sure it will come back when needed.
One of the most important things I gained at the workshop is the experience of the atmosphere of a tea meeting. Ania managed to create the atmosphere of calm and silence and still it was not stiff or sad. If you remeber, it was a very hot weekend and while on my way to the workshop I was wondering how we would manage in this heat (I apparently forgot people had invented air conditioning). There was a very big difference between the outside world full of heat, people, stimulation and the tea room where I could see smiling faces of my friends and feel the atmosphere of concentration and calm. Ania's tea making style, minimal, full of refine simplicity has had a significant impact on my perception of tea elegance.

czwartek, 3 grudnia 2015

Pouchong

Chciałbym dzisiaj napisać o herbacie, którą piję regularnie od kilku dni i która wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Będzie to Pouchong, czyli według jednych nisko oksydowany oolong, według innych osobna kategoria herbaty. Opinie są podzielone z tego względu, że Pouchong jest bodaj najniżej oksydowana herbatą ze wszystkich oolongów. Znalazłem informacje, że to może być poziom nawet około 8%.
Mój Pouchong pochodzi ze sklepu Pana Herbaty przy Nowym Świecie i według jego informacji jest utleniany w stopniu 15%. Musze przyznać, że chodziłem za tą herbatą przez jakiś czas; przez kilka moich kolejnych wizyt w sklepie dowiadywałem się tylko, że mają w ofercie jeszcze herbatę Pouchong, ale chwilowo oczekują dostawy. Postanowiłem, że jak tylko dostawa nadejdzie, muszę się koniecznie zapoznać, bo nigdy wcześniej o niej nie słyszałem.

Liście nie są zwinięte w kulki, jak przy niektórych innych oolongach, mają raczej ciemną barwę, choć niejednolitą, widać też jaśniejsze liście, bardziej zielone niż ciemne. Prezentują się bardzo elegancko, są raczej całe, niełamane. Sam susz specjalnie nie pachnie, ale może też być tak, że nie pachnie dla mnie (ponoć mam "coś nie tak" z węchem, bo często zarzuca mi się, że "no nie czujesz tego?!", kiedy ja naprawdę niczego nie czuję).



Przyznam Wam, że Pouchong zaskoczył mnie swoja cierpliwością i wyrozumiałością, choć przestrzegam rygorystycznie czasów parzenia, to naprawdę mocno z nim eksperymentowałem próbując po kolei temperatury wody w zakresie 85-95 stopni i zawsze było dobrze. To doprawdy wspaniałomyślna herbata.

Ilość liści, jaką stosuję na mój 200ml czajniczek, to dwie łyżeczki. Stosując wcześniej fanatycznie wagę kuchenną do odmierzania suszu zauważyłem w końcu, że łyżeczka do herbaty słusznie nosi swą nazwę :) Ostatnimi czasy staram się stosować zasadę "łyżeczka na czarkę/filiżankę" i sprawdza się ona doskonale, a ja mam lżejszą głowę. Jedynie przy oolongach w kulkach trzeba brać poprawkę, ponieważ są one wyraźnie cięższe, skondensowane.

Liście wsypane do rozgrzanego czajniczka nie pozostawiają złudzeń - to jest wspaniały, nisko oksydowany oolong. Ten zapach, maślano, śmietankowo-kwiatowy, wyśmienity. Od razu przywodzi na myśl Tie Kuan Yin albo Dong Ding.

Moje parzenie wygląda najczęściej tak: woda, jak już wspominałem, w przedziale 85-95 stopni, najczęściej gdzieś w pobliżu 93 stopni (używam termometru analogowego, a potem przelewam wodę do termosu, stąd trudno mi dokładnie ocenić).
Budzenie (mniej niż 5 sek), I 2min, II 2min 30sek, III 3min. Zazwyczaj starcza mi jeszcze wody na IV parzenie, trwające 3min 30sek.





Aromat pierwszego parzenia zachwyci wszystkich miłośników lekko oksydowanych oolongów, smak także. Nie jest może z nimi stuprocentowo identyczny, ale przecież musimy dać każdej herbacie prawo do bycia indywidualistką ;)
Przy kolejnych parzeniach dzieje się jednak coś ciekawego - aromat nadal jest intensywny, ale w smaku czuć go wyraźnie słabiej, przy trzecim parzeniu już ledwie, ledwie. Moja prywatna teoria jest taka, że ponieważ nie jest on zwinięty w stopniowo rozwijające się przy kolejnych parzeniach kulki, to szybciej uwalnia cały smak już przy pierwszych parzeniach.
Tak, czy inaczej, urzekła mnie ta herbata i wiem, że będę do niej wracać.

Dopisek (6.12.2015): o tej herbacie możecie też poczytać na blogu mojego imiennika Herbaciane Szlaki, serdecznie zachęcam, bo można sobie porównać wrażenia. To też ciekawe, że dwóch blogerów, bez porozumienia, próbuje na raz tej samej herbaty ;)



































P.S. Zaczynam czuć radość parząc herbatę. Wcześniej byłem przepełniony obawami o to, żeby niczego nie zepsuć i wszystko zrobić jak należy. To napięcie powoli odchodzi ustępując miejsca spokojowi i zadowoleniu.