Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herbata czerwona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herbata czerwona. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 października 2016

Jesienne Chaxi

ENGLISH 한국어

Chińskie słowo Chaxi (茶席 / wym.: cza-si) oznacza coś w rodzaju stanowiska lub miejsca do parzenia herbaty. Pierwszy raz spotkałem się z nim czytając blog Tea Masters i byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak za każdym razem autor od nowa i z artyzmem komponował swoje miejsca do parzenia herbaty, czyli Chaxi. Zainspirowało mnie to do własnych prób aranżacji miejsca do herbaty z uwzględnieniem pory roku, pogody, charakteru samej herbaty.

Mamy obecnie jesień, stąd element natury w mojej kompozycji, to wyjątkowo nie kompozycja roślinna w wazonie, ale dwie ozdobne dynie i kasztan, które zawsze bezbłędnie kojarzą się z jesienią. Miałem początkowo zamiar dopasować do nich materiał, który komponowałby się z ich kolorem i fakturą. I gdy tak szukałem czegoś odpowiedniego, znalazłem prawdziwy, choć nieco zapomniany, skarb - ręcznie zrobione wiele lat temu przez moją babcię serwety w kształcie liści kasztanowca. Czy na całym świecie znalazłoby się coś, co pasowałoby bardziej do mojego jesiennego Chaxi?



Zaaranżowanie całej kompozycji nie było jednak tak łatwe. Widziałem, że zazwyczaj do Chaxi wykorzystuje się Chabu (茶布), czyli herbacianą tkaninę, która ma kształt prostokąta. A moje serwety, jedna duża i kilka mniejszych, mają wszystkie bardzo trudny kształt liści.

Poradziłem sobie z tym w taki sposób, że największa serweta była podstawą dla gaiwana, morza herbaty i czarki (piłem akurat sam), a mniejsze podłożyłem pod kompozycję z dyni i kasztana, pod szmatkę i przybory, pod pojemniczek z liśćmi herbaty.



Starałem się wszystko jak najbardziej do siebie dopasować, stąd zdecydowałem się użyć gaiwan i morze herbaty z jednej serii, która wygląda jak Yixing, ale z pewnością Yixingiem nie jest. Podejrzewam, że jest raczej tablicą Mendelejewa, ale staram się o tym nie myśleć, kiedy piję herbatę ;)

Herbata, którą tutaj parzyłem, to czerwona chińska (zwana na Zachodzie czarną) Keemun Mao Feng. Idealna herbata na zimne ostatnio dni. Samo układanie Chaxi spodobało mi się tak bardzo, że na pewno będę jeszcze o tym pisać.


niedziela, 11 września 2016

Sierpniowe Warsztaty Herbaciane *August Tea Workshop




[Please scroll down for English]

Stali czytelnicy blogów herbacianych znają zapewne blog Morze Herbaty prowadzony przez Anię. Miałem przyjemność poznać ją osobiście w tym roku podczas herbacianego spotkania noworocznego (było to notabene jedno z tych spotkań, które bezpośrednio doprowadziło do powstania Warszawskiego Kolektywu Herbacianego), potem wziąłem udział w organizowanych przez nią warsztatach chińskiej sztuki herbaty i... ciągle czułem niedosyt. Ania dysponuje ogromną wiedzą z zakresu herbaty i ceramiki, wyjątkową umiejętnością  przekazywania tej wiedzy i osobowością, która inspiruje (a przynajmniej inspiruje mnie).


Warszawski Kolektyw Herbaciany umówił się z nią, że przy okazji jej obecnej wizyty w Polsce, zorganizuje dla nas zaawansowane warsztaty z herbat turkusowych i tajwańskich oraz ceremonii gong fu cha.
Warsztaty te odbyły się w ostatni weekend sierpnia i trwały dwa dni, były więc nie tylko zaawansowane, ale i intensywne.
Zdobyliśmy naprawdę sporo wiedzy, poznaliśmy rozmaite rodzaje herbat turkusowych z Chin kontynentalnych i Tajwanu oraz herbat tajwańskich, przyjrzeliśmy się bliżej procesowi ich produkcji w zależności od rodzaju herbaty oraz doskonaliliśmy nasze umiejętności w zakresie parzenia herbaty metodą gong fu cha.



Trudno przecenić to wszystko, bo zupełnie czym innym jest czytanie o tym, a czym innym praktyka, oglądanie i wąchanie liści. Mając możliwość samodzielnego zaparzenia herbaty można szybciej wychwycić cechy charakterystyczne i różnice.
Sama metoda gong fu cha też mnie zaskoczyła - wydawało mi się, że mam ją z grubsza opanowaną, ale gdy przyszło mi zaparzyć herbatę okazało się, że ciągle o czymś zapominam, używam nie tej ręki, co trzeba itp.
Dobrze było się także dowiedzieć paru bardzo praktycznych rzeczy: że parzenie z użyciem tacy chapan, kiedy to chlapie się wodą na lewo i prawo, nie należy do eleganckich; że układ ręki podczas przelewania herbaty z czajnika do morza herbaty nie powinien wyglądać na bolesny, czy to, że czas parzenia jest różny dla wulongów zielonych i tych bardziej oksydowanych. Tych porad było tyle, że trudno mi nawet wszystkie teraz przywołać. Na pewno są one wszystkie w mojej głowie i w odpowiednim czasie dadzą o sobie znać.





Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką wyniosłem z tych warsztatów jest także świadomość atmosfery spotkania herbacianego. Atmosfera spokoju i ciszy stworzona przez Anię pozwoliła nam w pełni cieszyć się herbatą i wcale nie było sztywno ani smutno. Jeśli pamiętacie, był to bardzo gorący weekend, jadąc na warsztaty zastanawiałem się, czy wytrzymamy w takim upale (zapomniałem, że przecież wymyślono klimatyzację). Przejście ze świata zewnętrznego, pełnego gorąca, ludzi, hałasu, bodźców, do sali herbacianej, w której czekały na mnie uśmiechnięte twarze towarzyszy oraz wszechobecny nastrój skupienia i wyciszenia - było bardzo odczuwalne, jak jeszcze chyba nigdy wcześniej. Styl parzenia herbaty zaprezentowany przez Anię, minimalistyczny, pełen wysublimowanej prostoty odcisnął istotne piętno na moim wyczuciu herbacianej elegancji.


[ENGLISH]
If you happen to read Polish tea blogs you probably know Morze Herbaty blog by Ania. I had the pleasure to meet her at the beginning of this year at the New Year's tea meeting (it was also the meeting which led to the formation of the Warsaw Tea Society), then I took part in Chinese tea art workshop organised by her and still felt it was not enough. Ania has great knowledge of tea and pottery, a wonderful ability to convey the knowledge and a very inspiring personality.
The Warsaw Tea Society agreed with her to organise an advanced tea workshop while she is in Poland this summer. The workshop took place at the last weekend of August and lasted two days, so it was advanced and intense. It was about turquoise and Taiwanese tea.
We learned a lot about different kinds of tea, looked closely at the leaves, learned about the production process and also learned more about the gong fu cha ceremony.
The gong fu cha itself surprised me a lot. I had thought I know the basics of it but when it was my turn to make tea it turned out I keep forgetting things, keep using the wrong hand etc. We also learned some very interesting facts: using a chapan tea tray and spilling water all around it is not considered very elegant, when we pour tea from the teapot into the chahai pitcher the gesture should not look painful, that steeping time is different for green wulong and more oxidised wulong teas. There was so much advise I cannot recall all of it right now but it is all somewhere in my mind and I am sure it will come back when needed.
One of the most important things I gained at the workshop is the experience of the atmosphere of a tea meeting. Ania managed to create the atmosphere of calm and silence and still it was not stiff or sad. If you remeber, it was a very hot weekend and while on my way to the workshop I was wondering how we would manage in this heat (I apparently forgot people had invented air conditioning). There was a very big difference between the outside world full of heat, people, stimulation and the tea room where I could see smiling faces of my friends and feel the atmosphere of concentration and calm. Ania's tea making style, minimal, full of refine simplicity has had a significant impact on my perception of tea elegance.

środa, 6 kwietnia 2016

Wonder Tea z Nepalu *Wonder Tea from Nepal

Zima dobiegła końca, ale ja nadal czuję, że jeszcze za wcześnie na regularne picie zielonej herbaty. Na szczęście trafiła mi się herbata, która ogrzewając mnie, pomogła mi w spokoju obserwować zmianę pór roku. 

*Winter is over but I still feel it is too early to drink green tea regularly. Luckily, I found tea which has kept me warm and helped me watch the change of seasons quietly.



































Jakiś czas temu, gdy wraz z innymi herbaciarzami kupowałem herbatę na targu ze zdrową żywnością, natknąłem się na stoisko Čajografii, dystrybutora herbaty, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Mili państwo dali nam do powąchania próbki swoich herbat i wybór był naprawdę trudny, ale ponieważ moglem sobie pozwolić tylko na jedno opakowanie herbaty, zdecydowałem się na Wonder Tea z Nepalu.

Wonder Tea pochodzi z plantacji Nawa Arya Tara i jest herbatą z letniego zbioru. Widać w niej wiele jasnych tipsów, najmłodszych pąków liściowych pokrytych delikatnym meszkiem. Liście są ciemne, luźno zwinięte.

Herbata z Nepalu jest blisko spokrewniona z herbatami Darjeeling, dlatego warto ją parzyć nieco ostudzoną wodą. Ja używam wody o temperaturze 85-90 stopni. Pierwsze parzenie trwa u mnie 3 minuty, próbowałem też krótszych, ale 3 minuty dają w moim odczuciu lepsze rezultaty. Podobnie było też w przypadku innych herbat z Nepalu, jakie miałem okazję pić.

*The other day while I was buying tea on a slow food market together with other tea enthusiasts, I came across Čajografia, a tea seller which I had never heard of before. The nice couple let us try the fragnance of different tea samples and it was a tough choice. Because I could only afford to buy one package of tea I decided to have Wonder Tea from Nepal.

Wonder Tea comes from Nawa Arya Tara tea garden and was harvested in summer. You can see many fair tips, the youngest leave buds covered with hairs. The leaves are dark, slightly curled.

Tea from Nepal is related to Darjeeling Tea so it is good to allow the water to cool down a bit before steeping. I use water at 85-90 degrees Celsius. The first steeping takes 3 minutes, I have tried shorter steepings but I feel 3 minutes ensure the best results. The same was with other Nepali teas I have tried before.


Liście już w opakowaniu pachną pięknie, słodko, jakby egzotycznym drewnem. Po przesypaniu do ogrzanego czajniczka ich zapach jest jeszcze intensywniejszy.

Napar jest jasny, klarowny, złoto-bursztynowy i pięknie pachnie. A smak? Rewelacyjny, jednocześnie wyraźny i niebywale delikatny, to zaskakujące połączenie. Byłem nim urzeczony. Już pierwszy łyk sprawia, że można zapomnieć o całym świecie, odkłada się na bok wszystko inne i zatapia w ciszy. To idealna herbata na poranne herbaciane medytacje.

*The leaves give a tremendous smell when still in the package, it is sweet, reminds me of exotic wood. After being put into a warmed up tea pot, their smell is even stronger.

The infusion has a clear, fair colour, it is golden-amber and smells wonderful. And the taste? Brilliant, distinct and delicate at the same time, a surprising combination. I was fascinated. The very first sip makes you forget the whole world, put aside everything else and fall into silence. It is a perfect tea for morning tea meditation.



Kolejny raz trafiłem na wyśmienitą herbatę z Nepalu, do której na pewno będę wracać.

*Once again I tried excellent tea from Nepal and I will definitely buy it again.



niedziela, 20 marca 2016

Miało być zwyczajnie, czyli Darjeeling Organic Selim Hill SFTGFOP1 2015

Moja przygoda z tą herbatą zaczęła się w lutym tego roku. Było zimno i ponuro, a ja miałem pełną świadomość, że zapasy rozgrzewającej herbaty kiedyś mi się skończą. Pomyślałem, że kupię sobie coś bezpiecznego i znanego, dlatego zdecydowałem się na Darjeeling. Od czasu Margaret's Hope mam do tej herbaty sentyment.

Zachęcony jakością gruzińskiej herbaty od pana Ramiza wybrałem Darjeeling oferowany przez sklep thetea.pl, złożyłem zamówienie, wylogowałem się z konta i poszedłem otworzyć drzwi listonoszowi, który przyniósł zamówioną herbatę. No dobrze, przesadziłem, ale sklep thetea.pl działa naprawdę błyskawicznie i przesyłka była u mnie już następnego dnia.

No i wtedy się zaczęło.
Wziąłem się za zaparzanie nowej herbaty gorącą wodą (95 stopni) przez dwie minuty, czyli tak, jak postąpiłbym odruchowo z każdą czerwoną herbatą. Efekt - napar był obezwładniająco cierpki i gorzki. A miało być tak zwyczajnie - ciepła herbata, gdy za oknem brzydko i takie tam. Westchnąłem i zabrałem się do pracy, bo przecież trzeba było znaleźć dla tej herbaty najlepszy sposób zaparzania.
Pierwsze, co zrobiłem, to przyjrzałem się liściom. Są dość zielone, bardziej niż u niektórych innych herbat tego typu, warto by zatem obniżyć temperaturę wody. Liście są też drobno pocięte, co sprawia, że herbata szybciej się zaparza (i pewnie stąd ta gorycz). Przydałoby się w takim razie krótsze parzenie. Zapach herbaty w opakowaniu jest przyjemny, wyczuwalny, ale zawiera w sobie pewną pikantną nutę. Po wsypaniu do ogrzanego czajnika liście pachną przyjemnie, dokładnie tak jak można się tego spodziewać po herbacie Darjeeling.



W trakcie eksperymentów zwróciłem uwagę na silne indywidualne cechy tej herbaty - wyczuwalna pikantność, a jednocześnie delikatność, bo ten konkretny Darjeeling daje jasny, żółto-złoty napar o smaku subtelniejszym niż na przykład Margaret's Hope. 



W końcu mi się udało i znalazłem parametry, które pozwalają mi cieszyć się smakiem i jednocześnie uniknąć goryczy. Parzę tę herbatę wodą o temperaturze 90 stopni (a czasem nawet mniej) przez minutę, w ilości suszu jak dla mnie typowej, czyli łyżeczka na czarkę/filiżankę.
Podzieliłem się też tą herbatą z Łukaszem prowadzącym blog Herbaciane Szlaki (on napisał o niej wczoraj) i spróbowałem ją zaparzyć zgodnie z jego sugestiami: przez 2 minuty, przy o połowę mniejszej ilości liści. Rezultat jest przyjemny, choć po wypiciu utrzymuje się w gardle uczucie ściągnięcia, za którym jednak nie przepadam i chyba pozostanę przy wypracowanym przeze mnie sposobie parzenia.

Dała mi lekcję ta herbata, ale pewnie wyjdzie mi to na dobre.



niedziela, 13 marca 2016

Herbata z Nepalu, Hand Rolled Floral SF 2015

Zima, choćby nawet tak łagodna, jak w tym roku, rządzi się swoimi prawami. Oddziałuje na nas, czy nam się to podoba, czy nie. Odruchowo sięgamy po wszystko, co kojarzy nam się z ciepłem i przytulnością.

Herbatą, którą w ostatnich dniach piłem nagminnie była herbata z Nepalu kupiona od Agaty z onecupoftea.pl.
Agatę poznałem na styczniowym spotkaniu herbacianym, zaciekawiła mnie jej opowieść o podróży do Nepalu. Na plantacji pana Andrew, skąd pochodzą oferowane przez nią herbaty, nawet sama próbowała zmierzyć się z procesem produkcji.
Na wspomnianym spotkaniu smakowaliśmy inna herbatę z tego samego miejsca, Gold Buds, i tak mnie ona zachwyciła, ze musiałem tego dnia kupić coś od Agaty.

Hand Rolled Floral jest herbatą czerwoną (czyli na Zachodzie czarną), idealną zatem na smętne zimowe wieczory. Jako herbata nepalska jest blisko spokrewniona z herbatami Darjeeling, co w moich oczach dodatkowo działa na jej korzyść. Jeśli już trzymać się tej rodzinnej nomenklatury, to określiłbym ją jako skromniejszą siostrę Gold Buds, co jednak wcale nie ma zabrzmieć negatywnie.

Liście są  w miarę całe, mocno utlenione, mają kolor w różnych odcieniach brązu. Zapach nie jest intensywny, przynajmniej w moim odczuciu. Po przesypaniu do ogrzanego czajniczka liście zaczynają pachnieć wyraźniej, zapach wydaje się ciepły, przytulny, przywodzi na myśl jakieś drzewne nuty.




Napar ma bursztynowo-brązowy kolor, a podczas przelewania go z czajniczka do morza herbaty (w tym wypadku do koreańskiego sugu) czuć przyjemny aromat.


Smak trudno mi jednoznacznie określić, w tej herbacie prawie nie wyczuwam tego charakterystycznego smaku herbat Darjeeling, ale to w niczym mi nie przeszkadza, bo ta herbata jest i tak pyszna. Jej smak jest ciepły, miły, nie ma w nim wytrawności niektórych innych czerwonych herbat. Pomimo, że smaku nie określiłbym jako słodkiego, to picie tej herbaty mógłbym porównać do jedzenia biszkoptów.

Zapas herbaty kupiony u Agaty w styczniu wypiłem już cały, dlatego czekam na tegoroczne zbiory, bo Hand Roller Floral, to herbata, do której chciałbym wracać.



































Parzenie:
temperatura wody: jak do herbat czerwonych (ok. 95 stopni)
czas parzenia: I 2 min, później różnie, w zależności od nastroju (jak na mój gust, maksymalnie 3 parzenia)
ilość liści: łyżeczka na filiżankę/czarkę

sobota, 16 stycznia 2016

Herbata czerwona Ramiz Black Tea

Od razu spieszę wyjaśnić, że do tytułu wcale nie wkradł się żaden błąd i powinien on wyglądać dokładnie tak, jak wygląda. Z nazewnictwem typów herbat, a dokładniej z przypisanymi im kolorami bywa u nas różnie i często dochodzi na tym polu do nieporozumień, dlatego też zdecydowałem się stosować konsekwentnie nazewnictwo chińskie, sugerując się tym, że oni z herbatą mają prawdopodobnie do czynienia najdłużej. To, co dla przeciętnego mieszkańca Zachodu jest herbatą czarną, w Chnach określane jest jako hong cha (紅茶), czyli herbata czerwona.

Z nastaniem zimy moja uwaga skierowała się właśnie w stronę herbat czerwonych, którym tradycyjna chińska medycyna przypisuje właściwości rozgrzewające. Słyszałem już także pozytywne opinie o sklepie thetea.pl i postanowiłem go sprawdzić, wiedząc, że znajdę tam herbaty, których szukam. Tak się składa, że pan Wojtek z The Tea jest regularnie obecny ze swoimi herbatami na czymś w rodzaju targu regionalnego w starym forcie i tam właśnie udało mi się go znaleźć. Było to w połowie grudnia, mocno już po południu, wobec czego piecyk na stoisku już wygasł i nie było jak spróbować herbat, których wybór też był już nienajwiększy. Byłem jednak zdecydowany zaufać i kupiłem paczkę Ramiz Black Tea. Od razu zdradzę, że było warto. Od czasu zakupu piję ją regularnie i ani razu się nie zawiodłem.




































Susz składa się z całych pojedynczych liści o jednolitym ciemnym zabarwieniu, mniejszych i większych, pewnie więc to któryś z późniejszych zbiorów. 
Parzę tę herbatę przeważnie w proporcjach 1 łyżeczka na filiżankę, wodą jak do herbat czerwonych, czyli około 95 stopni. Pierwsze parzenie trwa u mnie zazwyczaj około 2 minut.


Napar ma nasycony, bursztynowo-brązowy kolor wpadający w czerwień. Smakuje bardzo dobrze, ma w sobie zalety herbat czerwonych, smak jest głęboki, lekko wytrawny. Nie ma w nim natomiast tego, co nas odrzuca w torebkach od korporacji - nie przeparza się. Nie ma tam goryczy, ani nadmiernej cierpkości.

Z ciekawości przetrzymałem kiedyś pierwsze parzenie do 3 minut i herbata wyszła po prostu mocniejsza, ale nie zrobiła się za mocna. Jej smak tak bardzo mi odpowiada, że parzę ją, dopóki mi wody w termosie starcza, czyli przeciętnie 5 - 6 razy, mimo że kolejne parzenia są oczywiście odpowiednio słabsze.

Pijąc ją myślę o tym, że to herbata, nad której wzrostem czuwał prawdziwy człowiek, a nie korporacja. Pan Ramiz, o ile dobrze pamiętam, produkuje rocznie około 18 kg herbaty, nawet nie próbuję tego porównywać z poziomem produkcji światowych potentatów. Czuję wyraźnie, że moja droga herbaty kieruje się w stronę tych małych prywatnych plantacji, gdzie jakość odgrywa ważniejsza rolę niż ilość. Trudno się oczywiście spodziewać, że każdy rodzaj herbaty będzie produkowany na małych plantacjach i zapewne utrudnia to zapoznanie się z nimi wszystkimi, ale zaczynam powątpiewać, czy droga herbaty powinna wyglądać jak bezduszne odhaczanie kolejnych wypitych okazów. Za bardzo przywodzi mi to na myśl "zaliczanie", w każdym znaczeniu tego słowa. Może lepiej popijać spokojnie dobrą herbatę i pozwolić, żeby to ona nas znajdywała?

A wracając do herbaty od pana Ramiza, pewnie niektórzy określiliby ją jako herbatę codzienną, ja bym jednak wszystkim życzył, żeby nasza codzienność była takiej jakości.


sobota, 7 listopada 2015

Darjeeling Margaret's Hope FF

Naszła mnie pewnego razu ochota na spróbowanie herbaty Darjeeling. Wiele już o niej słyszałem i czytałem, ale jeszcze nigdy nie miałem okazji spróbować. Tak się skoncentrowałem na sprawdzaniu rozmaitych rodzajów herbaty z Azji Wschodniej, że zupełnie zaniedbałem te wszystkie inne rejony, w których uprawia się krzewy herbaciane. Może to dlatego, że czarną herbatę piłem przez cale życie i wydawało mi się, że niczym mnie już nie zaskoczy?
Nie wiedziałem, czego się właściwie spodziewać po herbacie Darjeeling, wydawało mi się, że będzie to taka sobie, czarna herbata (przez skojarzenia z ogólnie dostępną herbatą cejlońską), jednak rozbudzona dopiero co poznanymi oolongami ciekawość nowych smaków kazała mi zbadać, co kryją w sobie skarby Indii.

Jest w centrum Warszawy taki malutki sklepik z herbatą, do którego mam sentyment jeszcze z czasów studenckich, i który raz na jakiś czas odwiedzam. Jego asortyment nie jest może aż tak rozbudowany, jak oferta sklepów internetowych ortodoksyjnych herbaciarni, ale zdziwiłby się, kto by przypuszczał, że nie można tam znaleźć dobrej herbaty. Większość moich dotychczasowych herbacianych odkryć pochodziła właśnie stamtąd.
Podczas mojej ostatniej wizyty poprosiłem Pana Herbatę (tak naprawdę jest ich dwóch, ale dla uproszczenia i jeden i drugi, to dla mnie Pan Herbata) o Darjeeling, patrząc jednocześnie na niezbyt drogą wersję stojącą pomiędzy aromatyzowanymi cejlonami na półce naprzeciw mnie. Pan Herbata jednak, zamiast po nią sięgnąć, zapytał, o który mi chodzi, co wprawiło mnie w osłupienie, bo przecież widziałem tylko jeden rodzaj. Wykonał gest ręką w kierunku podłogi koło siebie i dopiero kiedy pochyliłem się przez ladę, zorientowałem się, o co mu chodzi. Na podłodze pod ścianą zobaczyłem rząd skrzynek, z których każda zawierała w sobie herbatę Darjeeling. Opowiedział mi o każdej z osobna, a ja zdecydowałem wziąć taką, która będzie "wypośrodkowana cenowo". Okazała się nią być Margaret's Hope FF.

Nazwa "Nadzieja Małgorzaty" brzmi intrygująco, prawda? I nie, nie jest to chwytliwa produkcja zespołu copywriterów z modnego biura. To nazwa, która wzięła się z prawdziwej historii, dość smutnej zresztą. Sięga ona lat dwudziestych XX wieku, kiedy posadę w jednym z ogrodów (tak tam nazywają plantacje) w pobliżu miasta Dardżyling objął pewien brytyjski dżentelmen. Miał dwie córki, z których młodsza, Małgorzata, szczególnie upodobała sobie nową okolicę i uwielbiała ogród, w którym pracował jej ojciec. Gdy nadszedł czas podróży do Anglii obiecała sobie, że wróci do swojego ukochanego miejsca, jednak zachorowała i zmarła w drodze do Europy. Pogrążony w żałobie ojciec postanowił nazwać plantację jej imieniem. Sam ogród niedawno świętował 150-lecie, założono go w roku 1864.

Znalazłem na jego temat jeszcze jedną przydatną informację - otóż wiedząc, że ogrody Darjeeling bywają krytykowane za złe traktowanie najniżej opłacanych pracowników, z przyjemnością przeczytałem, że Margaret's Hope posiada certyfikat ETP (Ethical Tea Partnership).

A teraz o samej herbacie.
FF, to first flush, czyli herbata z pierwszych zbiorów. I rzeczywiście, liście są drobne, delikatne, widać, że dopiero co wyrosły i od razu zostały zerwane. To bardzo przyjemny widok, nie mają one wszystkie identycznego koloru, widać tam liście ciemniejsze, jaśniejsze, rozmaite odcienie zieleni i brązu. Zapach też przyjemny, dzisiejsze parzenie tej herbaty na potrzeby tego wpisu nie było moim pierwszym, stąd wiem już, że zapach suchych liści jest delikatną zapowiedzią smaku i aromatu samego naparu. Ale o tym za chwilę.



Do zaparzenia użyłem wody o temperaturze około 90 stopni (między 90 a 95), imbryka 200ml i łyżeczki herbaty (czyli około 2-3g). Najpierw zastosowałem budzenie trwające krócej niż 5 sekund, potem kolejne parzenia: I 2min, II 2min 30sek, III 3min, IV 3min 30sek. Początkowo planowałem trzy parzenia, ale zostało mi wystarczająco wody w termosie, a ta herbata jest taka dobra...

Liście wsypane do wygrzanego imbryka pachną pięknie, nie jestem mistrzem w opisywaniu zapachów i wiem, że moje określenia bywają dziwaczne; ja opiszę go jako mocny zapach mokrego egzotycznego drewna, może czegoś w rodzaju korzenno-orientalnego aromatu do ciasta.

Już pierwsze parzenie dało napar o głębokim, bursztynowym kolorze, aż przyjemnie było patrzeć. W smaku - rewelacja, wszystko co zapowiadał aromat można było teraz poczuć na języku. Czuć wyraźnie, że pije się czarną herbatę, ale jest ona delikatna, aksamitna i pozbawiona goryczy, ma głęboki smak z tymi niesamowitymi nutami, o których wspominałem wcześniej.

Kolejne parzenia dawały napar o identycznym kolorze, charakterystyczny smak stawał się słabszy, ale nadal była to wyśmienita, delikatna czarna herbata bez nieprzyjemnej goryczy.




Pewnym zaskoczeniem są liście wyjęte na koniec z imbryka - wcale nie są czarne, czy brązowe, a raczej ciemnozielone. I widać wyraźnie, że są to drobne, młode liście.




Darjeeling Margaret's Hope to herbata, która była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Jej smak okazał się niesamowity i zupełnie niespodziewany, to jakby odkryć czarną herbatę na nowo.