Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lutego 2017

Pokaz parzenia herbaty

Trzeciego lutego w restauracji Onggi odbyła się karnawałowa impreza firmowa, a jednym z punktów programu było parzenie herbaty dla gości w pokoju herbacianym. Przeprowadzenie parzenia zaproponowano mnie, zgodziłem się, mimo tremy, bo to w końcu ważne doświadczenie.



Chodziło o to, żeby zaparzać herbatę przez cały wieczór kolejno przychodzącym grupom gości, po maksymalnie pięć osób na raz. To tak jakby skok na głęboką wodę, parzenie dla grupy osób to już było dla mnie wyzwanie, a tutaj miało to być wiele kolejnych grup. Stres do potęgi n-tej!



Aneta z Kolektywu przygotowała mi stanowisko, eleganckie Chaxi, za co jestem jej bardzo wdzięczny, a także za to, że wraz z mężem przez pewien czas mi towarzyszyli dodając otuchy.



Zanim przybyli pierwsi goście denerwowałem się, czy woda będzie miała dobrą temperaturę, czy wsypię do czajnika odpowiednią ilość liści, czy nie przeparzę herbaty. Bo czym innym jest parzenie dla innych herbaciarzy, dla "swoich", którzy wybaczą i zrozumieją, a czym innym parzenie dla obcych ludzi, którzy spodziewają się pełnego profesjonalizmu. Gdy pierwsi goście zasiedli na poduchach naprzeciw mnie, cały stres jednak prysnął, wszystko zaczęło się dziać samo, pojawiła się radość z parzenia herbaty innym, a sama herbata była pyszna (próbowałem każdego jednego parzenia, co może nie było najrozsądniejsze z mojej strony).



Wiele się tego wieczoru nauczyłem. Parzyłem herbatę dla gości, z których większość z herbatą ma na co dzień niewiele do czynienia, a jeśli już, to w dość ekstremalny sposób (jedna z pań opowiadała, jak zalewa torebkowego Earl Greya wrzątkiem i trzyma przez 15 minut, tyle ile zajmuje umycie głowy, po czym dodaje pięć łyżeczek cukru i wypija ze smakiem... to, jak na mój gust, doświadczenie herbaciane z gatunku granicznych). Bałem się, że w takim gronie nie będę miał o czym mówić, nie będę wiedział, jak zaciekawić gości. Okazało się, że niepotrzebnie się denerwowałem, opowieść herbaciana snuła się sama. Nauczyłem się, jak o herbacie opowiadać ciekawie i przejrzyście osobom, które z tematem stykają się być może po raz pierwszy. Mnie tamten wieczór upłynął bardzo przyjemnie, mam nadzieję, że równie przyjemnie upłynął moim gościom. Niektórzy przychodzili na herbatę po kilka razy, to chyba dobry znak ;)



Dla tych, którzy się zastanawiają: nie, ani razu nie padło pytanie "dlaczego ten czajnik ma rączkę z boku" ani też "dlaczego te filiżanki nie maja uszek", choć sam zestaw koreański wzbudził słuszne zaciekawienie.




Autorem zdjęć z pamiętnego wieczoru jest Mikołaj (vonskychannel@gmail.com).

niedziela, 11 września 2016

Sierpniowe Warsztaty Herbaciane *August Tea Workshop




[Please scroll down for English]

Stali czytelnicy blogów herbacianych znają zapewne blog Morze Herbaty prowadzony przez Anię. Miałem przyjemność poznać ją osobiście w tym roku podczas herbacianego spotkania noworocznego (było to notabene jedno z tych spotkań, które bezpośrednio doprowadziło do powstania Warszawskiego Kolektywu Herbacianego), potem wziąłem udział w organizowanych przez nią warsztatach chińskiej sztuki herbaty i... ciągle czułem niedosyt. Ania dysponuje ogromną wiedzą z zakresu herbaty i ceramiki, wyjątkową umiejętnością  przekazywania tej wiedzy i osobowością, która inspiruje (a przynajmniej inspiruje mnie).


Warszawski Kolektyw Herbaciany umówił się z nią, że przy okazji jej obecnej wizyty w Polsce, zorganizuje dla nas zaawansowane warsztaty z herbat turkusowych i tajwańskich oraz ceremonii gong fu cha.
Warsztaty te odbyły się w ostatni weekend sierpnia i trwały dwa dni, były więc nie tylko zaawansowane, ale i intensywne.
Zdobyliśmy naprawdę sporo wiedzy, poznaliśmy rozmaite rodzaje herbat turkusowych z Chin kontynentalnych i Tajwanu oraz herbat tajwańskich, przyjrzeliśmy się bliżej procesowi ich produkcji w zależności od rodzaju herbaty oraz doskonaliliśmy nasze umiejętności w zakresie parzenia herbaty metodą gong fu cha.



Trudno przecenić to wszystko, bo zupełnie czym innym jest czytanie o tym, a czym innym praktyka, oglądanie i wąchanie liści. Mając możliwość samodzielnego zaparzenia herbaty można szybciej wychwycić cechy charakterystyczne i różnice.
Sama metoda gong fu cha też mnie zaskoczyła - wydawało mi się, że mam ją z grubsza opanowaną, ale gdy przyszło mi zaparzyć herbatę okazało się, że ciągle o czymś zapominam, używam nie tej ręki, co trzeba itp.
Dobrze było się także dowiedzieć paru bardzo praktycznych rzeczy: że parzenie z użyciem tacy chapan, kiedy to chlapie się wodą na lewo i prawo, nie należy do eleganckich; że układ ręki podczas przelewania herbaty z czajnika do morza herbaty nie powinien wyglądać na bolesny, czy to, że czas parzenia jest różny dla wulongów zielonych i tych bardziej oksydowanych. Tych porad było tyle, że trudno mi nawet wszystkie teraz przywołać. Na pewno są one wszystkie w mojej głowie i w odpowiednim czasie dadzą o sobie znać.





Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką wyniosłem z tych warsztatów jest także świadomość atmosfery spotkania herbacianego. Atmosfera spokoju i ciszy stworzona przez Anię pozwoliła nam w pełni cieszyć się herbatą i wcale nie było sztywno ani smutno. Jeśli pamiętacie, był to bardzo gorący weekend, jadąc na warsztaty zastanawiałem się, czy wytrzymamy w takim upale (zapomniałem, że przecież wymyślono klimatyzację). Przejście ze świata zewnętrznego, pełnego gorąca, ludzi, hałasu, bodźców, do sali herbacianej, w której czekały na mnie uśmiechnięte twarze towarzyszy oraz wszechobecny nastrój skupienia i wyciszenia - było bardzo odczuwalne, jak jeszcze chyba nigdy wcześniej. Styl parzenia herbaty zaprezentowany przez Anię, minimalistyczny, pełen wysublimowanej prostoty odcisnął istotne piętno na moim wyczuciu herbacianej elegancji.


[ENGLISH]
If you happen to read Polish tea blogs you probably know Morze Herbaty blog by Ania. I had the pleasure to meet her at the beginning of this year at the New Year's tea meeting (it was also the meeting which led to the formation of the Warsaw Tea Society), then I took part in Chinese tea art workshop organised by her and still felt it was not enough. Ania has great knowledge of tea and pottery, a wonderful ability to convey the knowledge and a very inspiring personality.
The Warsaw Tea Society agreed with her to organise an advanced tea workshop while she is in Poland this summer. The workshop took place at the last weekend of August and lasted two days, so it was advanced and intense. It was about turquoise and Taiwanese tea.
We learned a lot about different kinds of tea, looked closely at the leaves, learned about the production process and also learned more about the gong fu cha ceremony.
The gong fu cha itself surprised me a lot. I had thought I know the basics of it but when it was my turn to make tea it turned out I keep forgetting things, keep using the wrong hand etc. We also learned some very interesting facts: using a chapan tea tray and spilling water all around it is not considered very elegant, when we pour tea from the teapot into the chahai pitcher the gesture should not look painful, that steeping time is different for green wulong and more oxidised wulong teas. There was so much advise I cannot recall all of it right now but it is all somewhere in my mind and I am sure it will come back when needed.
One of the most important things I gained at the workshop is the experience of the atmosphere of a tea meeting. Ania managed to create the atmosphere of calm and silence and still it was not stiff or sad. If you remeber, it was a very hot weekend and while on my way to the workshop I was wondering how we would manage in this heat (I apparently forgot people had invented air conditioning). There was a very big difference between the outside world full of heat, people, stimulation and the tea room where I could see smiling faces of my friends and feel the atmosphere of concentration and calm. Ania's tea making style, minimal, full of refine simplicity has had a significant impact on my perception of tea elegance.

środa, 24 sierpnia 2016

Pani Pak i Pani Kamila

[Please scroll down for English]

Od samego początku mojej drogi herbaty marzyłem o spotkaniu z mistrzem z Korei, ale nastawiałem się na to, że będę w tym celu musiał wybrać się na Półwysep i tam dopiero o takie spotkanie zabiegać. Wspominałem już jednak, że na mojej drodze herbaty dzieją się rzeczy niesłychane, które za każdym razem utwierdzają mnie w przekonaniu, że zmierzam we właściwym kierunku. I tym razem nie było inaczej.

To był maj, ale bladego pojęcia nie mam, czy pachniała wtedy Saska Kępa. Do grona znajomych na Facebooku dodała mnie niejaka pani Pak, znajoma Roberta Sayamy, o której wiedziałem tylko, że jest mistrzynią koreańskiej sztuki herbaty i że rok wcześniej była na Święcie Herbaty w Cieszynie.
"Jak miło!" - pomyślałem i od razu obudziła się we mnie nadzieja, że może uda mi się nawiązać z nią kontakt, dobre i to. Nie przypuszczałem, że to dopiero początek i kiedy niedługo później pani Pak napisała do mnie wiadomość, szczęka mi opadła.
"Za jakiś czas przylatuję do Polski. Czy mógłbyś być moim tłumaczem?"

Kiedy już przestałem piszczeć i tańczyć z radości, odpisałem, że oczywiście.

Pani Pak przyleciała do Polski w czerwcu, w towarzystwie pani Kamili, kolejnej mistrzyni herbacianej (pani Kamila jest chrześcijanką, stąd w kontaktach z nami chciała używać swojego chrześcijańskiego imienia).
Wizyta pań, trwająca w sumie miesiąc, była bardzo ważnym i owocnym okresem dla mnie i dla innych członków Warszawskiego Kolektywu Herbacianego. 

Jako Kolektyw spotkaliśmy się z nimi trzy razy. Na pierwszym spotkaniu w restauracji Onggi dowiedzieliśmy się, jak z grubsza wygląda koreańska ceremonia herbaty, posmakowaliśmy wybornych herbat koreańskich Woojeon i Paryocha (Balhyocha), a także pokazaliśmy paniom herbaty z Korei dostępne w polskich sklepach, wobec czego panie zaczęły nam bardzo współczuć.

Pierwsze spotkanie. Parzenie herbaty. Autor zdjęcia: Agnieszka (My Cup Of Green Tea)


Drugie spotkanie odbyło się w ogrodzie Anety, naszej kolektywnej ceramiczki, w ramach festiwalu Otwarte Ogrody. Panie zaprezentowały parzenie herbaty, ubrane w piękne stroje tradycyjne (hanbok), po czym Kolektyw dołączył do nich i zaparzył mnóstwo herbaty dla zgromadzonych widzów.

Spotkanie w ogrodzie Anety. Autor zdjęcia: Patryk Szmelter, Fotoluwak


Ostatnie spotkanie zorganizowaliśmy na kilka dni przed powrotem pań do Korei. Pani Kamila zachorowała, towarzyszyła nam więc sama pani Pak. Oprócz Kolektywu uczestniczyło w nim też kilka osób, które chciały wziąć udział w tym wydarzeniu, a mimo to nadal było kameralnie. Atmosfera była dużo swobodniejsza i bardziej rodzinna, pani Pak, zaznajomiona z nami, parzyła herbatę i opowiadała o początkach swojego zainteresowania herbatą, o kulturze herbacianej we współczesnej Korei oraz o miejscu herbaty w jej życiu. Poczęstowała nas także rarytasem - herbatą aromatyzowaną poprzez włożenie jej do wydrążonego owocu cytronu (mogło też chodzić o bardzo podobny owoc yuzu).

Ostatnie spotkanie. Pani Pak wykłada tradycyjne przekąski herbaciane. Autor zdjęcia: Agnieszka (My Cup Of Green Tea)


Mnie samemu, oprócz spotkań oficjalnych, przypadło w udziale towarzyszenie paniom w spacerach po mieście i zwiedzaniu, co zawsze kończyło się wspólną herbatą. Bywało też, że pani Pak dzwoniła rano i mówiła: "jeśli będziesz miał chwilę, wpadnij na herbatę". Chwila oczywiście musiała się znaleźć :)

Trudno mi nawet właściwie ocenić, co mi to wszystko dało. Spotkałem w końcu dwie mistrzynie, nauczycielki sztuki herbaty i nadal trudno mi w to uwierzyć. Wszystkie ich wskazówki odnośnie parzenia herbaty okazały się bardzo przydatne. Choć były to bardziej korekty, niż wskazówki, w rodzaju:
Temperatura wody? - po prostu trochę ją ostudź.
Czas parzenia? - tak około minuty (zielone koreańskie), ale tak na wyczucie, nie z zegarkiem.
Ilość liści? - Spójrz do czajnika i sprawdź, czy wystarczy to, co nasypałeś.
Dla takiego perfekcjonisty jak ja, te porady są nie lada wyzwaniem :)
Od tamtej pory parzę zieloną herbatę dokładnie tak, jak mi pokazały. Żałuję tylko, że nie mogę tu kupić tak dobrej herbaty, jak ta, którą ze sobą przywiozły.

[English]
Since the very beginning of my way of tea I had been dreaming of meeting a master from Korea but I always thought I would need to travel all the way to Korea to meet such a person. I did mention before, however, that miracles tend to happen along my way of tea, which always make me even more sure I am moving in the right direction. And this time was no exception.

It was in May when I got a Facebook request from a Ms Pak, a friend of Robert Sayama, of whom I only knew she was a master of Korean tea art and had taken part in the Tea Festival in the Polish town of Cieszyn the year before.
"How nice!" - I thought and began immediately to hope to get to know her better, which would be good enough. Little did I suppose it was just the beginning and when she sent me a message a while later I was astonished.
"I will be coming to Poland soon. Can you be my interpreter?"
When I finally stopped screaming and dancing I replied "of course".

Ms Pak arrived in Poland in June, together with another tea master, Ms Camilla (who is Christian and so was wiling to use her Christian name while with us). Their visit lasted a month and it was a very important and fruitful time for me and the other members of the Warsaw Tea Society.
As the Society we met the masters three times. Our first meeting was in Onggi reastaurant and they demonstrated the Korean tea ceremony to us, made some delicious Korea tea (Woojeon and Paryocha-Balhyocha). When we showed them the Korean teas available at Polish shops the masters felt very sorry for us.
The second meeting took place in Aneta's (our Society's pottery artist) garden. At that time there was so called Open Gardens Festival. The masters demonstrated the Korean tea ceremony dressed in beautiful traditional dresses (hanbok) and then, accompanied by the Society, made a big amount of tea for the audience.

We had our last meeting a few days before the masters' departure. Ms Camilla was not feeling well so it was only Ms Pak who took part in it. Even though there was the whole Society together with some other people who wanted to participate, it was still very intimate. The atmosphere was cosier and even more friendly than at the first time. Ms Pak, knowing us much better then, was making tea and telling us about the beginnings of her tea passion, about the tea culture in modern Korea and about the place of tea in her life. She also made some unique tea for us - it was tea frangranced by putting it into a hollow citron (or maybe yuzu) fruit.

Beside the official meetings, I had the chance to meet the masters more often while walking around the city and sightseeing, which always ended with some tea. Sometimes Ms Pak would call me in the morning and invite me for tea if I had a while. Of course, I did everything to have a while.
It is even hard to evaluate all that I got from this. After all, I have met two masters, the teachers of tea art, I still cannot believe it. All their advice on brewing tea turned out to be priceless. Well, it was more of a correction rather than pure advice. Like:
The water temperature? - just let it cool down a bit.
Steeping time? - around a minute (for Korean green tea), but just feel it, don't look at the timer.
The amount of leaves? - Just look inside the tea pot and say if it's enough what you've already put in there. 
For a perfectionist like me this advice is really challenging :)
I have been steeping my green tea the very way they tought me ever since. I olny regret I cannot buy Korean tea here as good as the tea they brought with them.

sobota, 6 sierpnia 2016

Warszawski Kolektyw Herbaciany *The Warsaw Tea Society

[please scroll down for English]

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie wydarzyły się do tej pory na mojej drodze herbaty, jest bez wątpienia powstanie Warszawskiego Kolektywu Herbacianego. Grupa pasjonatów, którą spotkała się zimą 2015 roku niedługo później, bo w marcu 2016 postanowiła się zorganizować i na poważnie podejść do herbacianego rozwoju. Kolektyw jest różnorodny, jak sama herbata, część z nas pisze blogi (podejrzewam, że kojarzycie Herbaciany Notes i My Cup of Green Tea), jest ceniona artystka ceramiczka czy osoby o kawowej przeszłości.

zdjęcie: Jola (Herbaciany Notes) / Agnieszka (My Cup of Green Tea)

Trudno byłoby zliczyć wszystkie korzyści, jakie płyną dla nas z bycia razem. Z całą pewnością każde z nas jeszcze szybciej i intensywniej czyni postępy na swojej własnej drodze herbaty. Najwięcej mogę oczywiście powiedzieć o tym, co Warszawski Kolektyw Herbaciany daje mnie - dostęp do wiedzy i doświadczenia innych (a także do ich półek z herbatą :) pozwala mi uczyć się szybciej i więcej. Wyborna atmosfera na spotkaniach sprawia, że nauka jest bezbolesna i prawie niezauważalna. No i wiadomo, co grupa, to grupa, mamy możliwość uczestnictwa w wydarzeniach, które trudno byłoby zorganizować na własną rękę, jak chociażby warsztaty ceramiczne u Anety Zatyki, czy spotkania degustacyjno-edukacyjne organizowane przez Roberta. 



W ostatnim czasie nie miałem wystarczająco dużo czasu na blog nie dlatego, że przeżywałem chwile zwątpienia. Dzięki Kolektywowi uczestniczyłem w tak intensywnym herbacianym życiu, że na blog nie starczało czasu. Ale opiszę wszystko.


Warszawski Kolektyw Herbaciany ma swoją stronę na Facebooku. Myślę, że warto polubić i być na bieżąco.





* The foundation of the Warsaw Tea Society is one of the best things to have happened on my way of tea so far. A group od enthusiasts who first met in winter of 2015 not much later, in March 2016, decided to become more organised and take their tea progress more seriously. The Society is as varied as tea itself. Some of us write blogs, there is one pottery artist and some of us have coffee history.

It would be hard to count all the benefits we owe to the Tea Society. Each one of us can make their tea progress faster and more intense. And what doest it give me? Access to the knowledge and experience of others (as well as the access to their tea shelves :) lets me learn more and faster. The splendid atmosphere at tea meetings makes the learning painless and almost unnoticeable. And, of course, a group is a group, which means we can take part in events which would be very difficult to organise individually, like pottery workshop with Aneta Zatyka or tasting and educating meetings organised by Robert.

Recently I have not had enough time for my blog and that is not because I have had doubts. Thanks to the Tea Society I have been taking part in such intense tea life that I have not had time for my blog. But I will write about everything.

The Warsaw Tea Society is on Facebook. I think it is worth clicking the "like" button and staying updated.



czwartek, 18 lutego 2016

Co mi dają herbaciane spotkania

W powszechnej opinii herbaciarze, to ludzie z reguły spokojni, cisi i stroniący od tłumu. Coś w rodzaju osoby noszącej sweterki w fasonie dla seniorów, staroświeckie okulary i ciepłą bieliznę, bo ciepła bielizna to podstawa. To jednak obraz tyleż błędny, co krzywdzący, bo herbaciarze znają się na modzie (co nie znaczy, że koniecznie się nią zachwycają) i lubią sobie poimprezować... na swój specyficzny sposób.



Mogę się założyć, że jeśli by zorganizować sondę uliczną i pytać ludzi o spotkania herbaciane, to większość ankietowanych umieściła by je na skali ekscytacji gdzieś pomiędzy imieninami babci a szkolnym apelem. Ale to, że nikt głośno nie śpiewa i nie tłuką się butelki, nie znaczy wcale, że jest nudno.



Do tej pory miałem okazję uczestniczyć w kilku spotkaniach z innymi pasjonatami herbaty, choć z początku wydawało mi się, że przez długi czas będę się herbatą zajmować samemu. Za każdym razem takie wydarzenie było dla mnie sporym przeżyciem i powodem do radości, co bez trudu zrozumie każdy hobbysta, któremu udało się poznać współwyznawców. Okazało się, że warszawskich herbaciarzy jest niemało i, co najważniejsze, bardzo im zależy na dzieleniu się wiedzą i doświadczeniem, a także na wspólnym kosztowaniu ulubionego napoju.



Co mi dają takie spotkania? Możliwość poznania się na żywo to chyba pierwsza korzyść, jaka każdemu przyjdzie do głowy. Miło jest wiedzieć, że są jeszcze inni, którzy rozumieją i dzielą ze mną zainteresowania. Z wieloma tymi osobami utrzymuję wprawdzie kontakt wirtualny, ale przewagi prawdziwych spotkań nad światem internetu chyba nie muszę nikomu tłumaczyć.



Kolejna korzyść, zwłaszcza w moim przypadku, wynika z tego, że przytłaczająca większość znanych mi miłośników herbaty ma dużo większą wiedzę i doświadczenie niż ja. Już samo przebywanie w ich towarzystwie sprawia, że uczę się nowych rzeczy, a mimowolna obserwacja ich podejścia do herbaty pomaga mi rozwinąć podobne cechy. Sposoby parzenia herbaty, umiejętność sprawdzenia jej jakości, czy wykorzystanie pięknej ceramiki - można o tym czytać i czytać, ale dopiero widok eksperta w akcji daje pełniejsze pojęcie o tym wszystkim. Wreszcie możliwość spróbowania herbaty, którą uczestnicy chcą podzielić się z innymi sprawia, że poznaję kolejne jej rodzaje w tempie, o jakim dawniej mogłem pomarzyć.



Koniecznie muszę też wspomnieć o czymś bardziej metafizycznym - o Duchu Herbaty. Można próbować osiągnąć ten stan samodzielnie w domu, jeśli akurat nikt nie przeszkadza, sąsiad nie robi remontu, a nieświadomi niczego znajomi zgodzili się przyjść z wizytą. Ale o ileż łatwiej poczuć obecność Ducha Herbaty z ludźmi, którzy nie są przywiązani do krzeseł i to, że herbata im smakuje mówią szczerze, a nie ze strachu.




Autorem zdjęć jest Spuchlikowo

piątek, 18 grudnia 2015

Międzynarodowy Dzień Herbaty 2015

Piszę ten post trzy dni po Międzynarodowym Dniu Herbaty, który przypada 15. grudnia. Zastanawiałem się, czy w ogóle go pisać, w końcu moja relacja będzie z pewnością uboższa niż innych uczestników (nie robiłem zdjęć), ale skoro blog ten ma być świadkiem mojej drogi herbaty, to warto by i ten wpis powstał.

Międzynarodowy Dzień Herbaty, obchodzony już od ładnych kilku lat, w Polsce przechodzi bez echa, co jest niejako odzwierciedleniem postawy mieszkańców naszego kraju wobec tego napoju - herbaty pije się u nas bardzo dużo, ale nie poświęca się jej wiele uwagi. Mam czasem wrażenie, że kawa jest u nas otoczona atmosferą niemalże kultu, a herbata traktowana bywa jako napój dla nudziarzy i emerytów. I podczas gdy na całym świecie Dzień Herbaty, zainicjowany przez kraje przodujące w jej produkcji, ma za zadanie popularyzację herbaty, o tyle, w moim odczuciu, w Polsce przydałaby się raczej zmiana jej wizerunku. 

Ja sam o Dniu Herbaty nie miałem najmniejszego pojęcia, dopóki na początku grudnia Jola z bloga herbacianynotes nie zaprosiła mnie na spotkanie w restauracji koreańskiej Onggi i wspomniała, że odbędzie się ono właśnie z tej okazji. Jestem jej bardzo wdzięczny, bo przeżyłem niezapomniane chwile w ciekawym i przyjaznym gronie, popijając wyjątkowe herbaty.

Spotkanie poprowadził sam Robert Tomczyk, którego książkę niedawno kupiłem i nie przypuszczałem wtedy, że tak szybko uda mi się poznać go osobiście. Jestem pod wielkim wrażeniem jego wiedzy i osobowości, uważam, że zasłużenie tytułuje się go "mistrzem" :)
Poznałem także Agnieszkę z bloga mycupofgreentea, Ewę z bloga herbatniczek i Kacpra, który okazał się być moim sąsiadem z dzielnicy, miło było też spotkać załogę herbaciarni na Ludnej; wszyscy przesympatyczni i pełni herbacianej wiedzy. Przebywanie w towarzystwie takich ludzi, w pięknym kąciku herbacianym restauracji Onggi utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłem wchodząc na drogę herbaty i że jestem we właściwym miejscu. 
Samo spotkanie właściwie prowadziło się samo :) Spontanicznie przechodziliśmy od herbaty do herbaty, częstowani przez pana Roberta, słuchając jego opowieści, smakując, dzieląc się wrażeniami i ciesząc z tego, że jesteśmy razem. Mam wrażenie, że po to właśnie było nam to spotkanie potrzebne, a na treści merytoryczne przyjdzie jeszcze czas. Przez te trzy dni, które minęły ciężko było mi się zebrać do napisania czegokolwiek, bo ciągle utrzymywał się we mnie stan euforii i pewnego zaskoczenia, że to wszystko dzieje się tak szybko... przecież jeszcze kilka miesięcy temu żyłem w zupełnie innym świecie. Następne spotkanie herbaciane planowane jest na styczeń i już nie mogę się go doczekać.
O spotkaniu możecie też poczytać na blogu Joli herbacianynotes (są zdjęcia!)

A ja tymczasem, zainspirowany panem Robertem, zaczynam uczyć się rozpoznawać temperaturę wody "na dotyk". Gdyby ktoś słyszał o jakiejś promocji na maść na oparzenia, byłbym wdzięczny za informacje ;)

niedziela, 6 grudnia 2015

Pełna wrażeń sobota

Miało być inaczej. Nie spodziewałem się, że ten dzień dostarczy mi tylu atrakcji, ale wynikało to tylko z mojej herbacianej ignorancji. Powienem się nauczyć, że jeśli w grę choć częściowo wchodzi herbata, to zawsze będzie ciekawie :)
W sobotę, 5. grudnia w Muzeum Azji i Pacyfiku odbył się przedświąteczny bazar z wystawcami oferującymi orientalne produkty. Dużo było tam ciekawostek dla miłośników klimatów indyjskich, czy bliskowschodnich, ale i z dalekiej Azji Wschodniej też można było co nieco zobaczyć. Mnie, oczywiście, najbardziej zainteresowało stoisko dystrybutora herbat z Chin i przyznam, że tylko dla niego miałem w planach tam pojechać, ale głównie, żeby sobie pooglądać ofertę. Wiadomo powszechnie, że pieniądze rosną na drzewach, a jest już prawie zima i drzewa są gołe ;)
Kolejną sprawą, do załatwienia niejako przy okazji, był zakup książki "Zapiski o herbacie" Roberta Tomczyka, pozycji właściwie już niedostępnej w sprzedaży. Wiedziałem, że kilka ostatnich egzemplarzy można jeszcze kupić w herbaciarni przy ul. Ludnej, nieopodal muzeum.
A teraz po kolei :)
Najpierw książka: zaraz po tym, jak wysiadłem z autobusu pierwsze kroki skierowałem do herbaciarni, żeby sprawdzić, czy uda mi się jeszcze dostać książkę; byłem dobrej myśli, bo poprzedniego wieczoru sprawdziłem w ich sklepie internetowym, że są jeszcze dostępne egzemplarze. Herbaciarnia okazała się być malutka i tak urocza, że chciałem tam zostać. Duży wybór bardzo dobrych herbat, pełno wokół pięknej herbacianej ceramiki i wystrój kojarzący się z przytulnym staroświeckim pokoikiem, gdzieniegdzie przyozdobionym dalekowschodnimi akcentami. I była oczywiście książka! Ale to nie wszystko, bowiem dopiero przy zakupie dowiedziałem się, że tych kilka egzemplarzy, to książki podpisane przez autora! Takiej niespodzianki nawet sobie nie wymarzyłem. Obiecałem sobie, że jeszcze tam wrócę, a tymczasem pospieszyłem do muzeum. 
Na miejscu doświadczyłem tłumu, za którym, szczerze mówiąc, umiarkowanie przepadam. Udało mi się zerknąć pobieżnie na wszystkie stoiska, były bardzo ciekawe, ale uznawszy, że i tak nie mam gdzie i kiedy zakładać na siebie kilogramów indyjskiej biżuterii, powędrowałem powoli do stoiska z herbatą. Wybór był ciekawy, różne rodzaje herbat zielonych, czarnych, oolongów i pu-erhów, w eleganckich opakowaniach. Moją uwagę zwróciły jednak porcelanowe gaiwany, bo od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad kupnem takowego. Kiedy do tego wszystkiego dowiedziałem się, że są w naprawdę okazyjnej cenie, musiałem sobie jeden wziąć (a miałem niczego nie kupować!). Pomyślałem, że będzie przecież idealny na moje jednoosobowe parzenia tych herbat, których P. nie lubi. Uradowany zakupem, odpędzając od siebie wyrzuty sumienia, zacząłem przeciskać się do wyjścia, zmęczony gwarem i tłumem, czułem, że potrzebuję sobie na chwilę przysiąść w miłym miejscu i wiedziałem dokładnie, gdzie takie znaleźć :)
Będąc z powrotem w herbaciarni wziąłem sobie czajniczek koreańskiej herbaty Woojeon i kupiłem sobie jej małą porcję do domu (wyrzuty sumienia w końcu się poddały i machnęły ręką). Herbata była wyśmienita, delikatna, słodkawa, taka jak koreańskie tygryski lubią najbardziej. Siedziałem sobie na mięciutkim miejscu, otoczony herbacianym niebem i czas dla mnie nie istniał. To miejsce naprawdę ma moc odprężania. 
Do domu wróciłem tak szczęśliwy, jak spłukany :)
Z czystym sumieniem mogę polecić herbaciarnię przy Ludnej w Warszawie, a tymczasem uciekam do lektury "Zapisków..." i jeszcze się tylko pochwalę grupowym zdjęciem moich sobotnich zdobyczy.

wtorek, 1 grudnia 2015

Przystanek na drodze herbaty

Kiedy podąża się jakąś drogą, raz na jakiś czas chce się przystanąć, wziąć głęboki oddech i zebrać myśli. Tak też jest teraz na mojej dopiero co rozpoczętej drodze herbaty.

W niedzielę w Muzeum Azji i Pacyfiku miało miejsce wydarzenie herbaciane i mimo, że było ono bardzo kameralne, było tak naprawdę pierwszym, w którym wziąłem udział i dlatego zostanie w mojej pamięci. Doświadczanie herbaty nie jest już czymś, co wykonuję samotnie, w zaciszu domowym; nawet tak krótkie przebywanie w otoczeniu innych herbacianych pasjonatów musiało rzucić nowe światło na moją wędrówkę. Poznana w końcu na żywo Jola z Herbacianego Notesu w ciągu krótkiej rozmowy, jaką udało nam się przeprowadzić udzieliła mi cennych wskazówek i dała wiele pozytywnej energii, choć pewnie sama sobie z tego nie zdaje sprawy (no to teraz już sobie zdaje ;)

Po niedzielnym wydarzeniu kotłowały się w mojej głowie myśli i odczucia. Moim przekleństwem jest perfekcjonizm, chciałbym osiągnąć mistrzostwo we wszystkim, czym się zajmuję, poznać każdy aspekt, znać najdrobniejsze szczegóły. Słuchając tego, co mówili o herbacie mądrzejsi ode mnie zrozumiałem, że świat herbaty, to niezmierzony kosmos i nigdy prawdopodobnie nie uda mi się go całkowicie opanować i na drodze herbaty nie zostanę mistrzem; zawsze będę jedynie uczniem. To niby lekcja pokory, ale jednocześnie coś, co przynosi uspokojenie i ciszę, bo po co biec do przodu i spieszyć się z poznawaniem wszystkiego, jeśli i tak się nie uda. Wtedy lepiej zwolnić, przyjrzeć się, co mam dokoła i skupić na tym, co akurat do mnie przychodzi. 

Blog herbaciany zacząłem prowadzić miesiąc temu, a skala zmian, jakie zaszły w moim życiu, jeśli chodzi o doświadczanie herbaty i nie tylko, zadziwia mnie nieustannie. Nie sądziłem, że ta droga będzie tak intensywna. Udało mi się nawiązać kontakt z kilkoma innymi miłośnikami herbaty i mimo, że do tej pory był on raczej wirtualny, to jednak dający wsparcie i wiedzę. Nadal uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji w życiu, które teraz jakby na powrót toczy się prawidłowym rytmem. Prawdziwe są słowa herbaciarzy, że herbata ratuje nas przed światem i przed nami samymi. 

Kiedy patrzę wstecz widzę, że uszedłem dopiero kawałeczek i mimo, że nadal wyraźnie dostrzegam miejsce, z którego zacząłem swoją podróż, to jednak nie ma we mnie wątpliwości i nie chcę wracać. Patrzę chętniej przed siebie, biorę kolejny głęboki oddech i z ciekawością stawiam kolejne kroki naprzód.


zdjęcie: By Andrea Schaffer (http://www.flickr.com/photos/aschaf/3810960784/) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons