Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dong Ding. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dong Ding. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 stycznia 2018

Organic Cui Yu Dong Ding Oolong 2017

W dzisiejszym parzeniu wyjątkowe było to, że właściwie każdy z jego elementów miał dla mnie duże znaczenie. Oczywiście, parzenie herbaty samo w sobie jest zawsze wyjątkowe, a przynajmniej staram się, żeby tak było, dziś jednak było coś jeszcze.



Zacznijmy od herbaty - Dong Ding Oolong był pierwszą herbatą opisaną przeze mnie na blogu! I choć ciężko będzie w to uwierzyć, od tamtej pory nie piłem często tego rodzaju oolonga... aż do niedawna, kiedy kupiłem go podczas zakupów u Wojtka z The Tea. Opisywana dzisiaj herbata, to organiczny Cui Yu Dong Ding Oolong. Jak mówił sam Wojtek, jest to klasyczny, niskooksydowany oolong, bez szału, ale przyzwoity.
Dla mnie jednak szał jest. Od kiedy pierwszy raz w życiu spróbowałem dobrego oolonga (a był to właśnie niskooksydowany Dong Ding) zakochałem się w tym śmietankowo-kwiatowym aromacie i smaku. Kiedy więc Wojtek mówił, że to taki "klasyczny, poprawny oolong" wiedziałem, że bardzo chcę go wypić. I nie zawiodłem się, herbata smakuje dokładnie tym, za co pokochałem tę grupę herbat, aromat jest bardzo wyraźny, przyjemny. 



Liście pozwijane są w zgrabne grudki, dość duże (zauważyłem jakiś czas temu, że bywają oolongi pozwijane w bardzo drobne grudki i zazwyczaj okazują się wtedy niskiej jakości). Kolor mają zielono-szmaragdowy, ta wersja herbaty nie jest podprażana (ewentualnie jest, ale bardzo delikatnie).

Porcję herbaty przesypałem do drewnianej łódeczki autorstwa Krzysztofa, który wytwarza drewniane akcesoria herbaciane. Należy do przesympatycznej grupy kieleckich herbaciarzy, której cechą szczególną jest bardzo niska średnia wieku (to prawdopodobnie w tej grupie znajduje się najmłodszy polski herbaciarz, choć jeszcze akurat jego nie miałem okazji poznać). O Krzysztofie będzie jeszcze za chwilę, bo łódeczka to nie jedyne cudo jego autorstwa. O ile dobrze pamiętam, jest wykonana z jesionu, z miejscowego drewna. Podoba mi się taki naturalny, lokalny akcent. Wiele osób utyskuje, że w Polsce kultura herbaty nie stoi na wysokim poziomie, a może właśnie dzięki takim ludziom jak herbaciarze, którzy są artystami-rzemieślnikami uda się ją podnieść na wyższy poziom. Łódeczka ma piękne, naturalne, nieregularne kształty, nie pachnie, dzięki czemu można bez przeszkód podziwiać aromat liści herbaty. Jest jedna rzecz, która sprawia, że jest mi wyjątkowo bliska - dostałem ją od Krzysztofa w prezencie urodzinowym.



Dzisiejsze chaxi to jednak nie tylko ta łódeczka. O gaiwanie autorstwa Andrzeja Bero już pisałem. Stali czytelnicy powinni też już poznawać obrusik przywieziony z Korei. Nowością są: szklane morze herbaty i czarka. Morze znalazłem kilka dni temu podczas zakupów "u Wietnamczyków" czyli na Marywilskiej (w Warszawie). Kupiłem też oczywiście trochę herbat, które czekają na swoją kolej. Gdy okazało się, że do odjazdu autobusu mam jeszcze kwadrans, przeszedłem się niespiesznie pomiędzy sklepikami i trafiłem na sklep z artykułami domowymi, gdzie w rogu, zakurzone i niechciane leżało najprawdziwsze szklane morze herbaty, jak z tych wszystkich super-hiper HD i w ogóle filmików na youtubie. Nie mam pojęcia, czy sprzedawca miał świadomość, że to jest prawdziwe morze herbaty (obstawiam, że nie, tym bardziej, że urodę miał bliskowschodnią, a nie wiem, jak u nich ze znajomością gong fu cha). Zapytałem o cenę, sprzedawca przechylił głowę, jego oczy mówiły: "u mnie było coś takiego?" i odpowiedział, że osiem złotych. 
Napar każdej herbaty prezentuje się niesamowicie w takim naczyniu.




A teraz czarka: też łączy się z nią sentyment, bo to także jest prezent urodzinowy. Tym razem od Jakuba, z tej samej kieleckiej grupy, który od pewnego czasu doskonali swoje umiejętności ceramika. Czarka jest dość duża (w sam raz na porządne jednoosobowe herbatowanie), będzie idealna na lato. Jest jasna, więc zielone herbaty będą się w niej ładnie prezentować, niska, ale szeroka, dzięki czemu napar zdąży odrobinę przestygnąć przed wypiciem. W pakiecie prezentowym był jeszcze hohin, ale jest za duży na dzisiejsze parzenie. Pewnie wystąpi przy innej okazji.




No i stolik. Tak, ten stolik, to jest coś. Od czasu wizyty w Korei chorowałem na taki naturalny, drewniany stolik o surowej, nieco chropowatej estetyce. Tam chyba wszyscy herbaciarze takie mają i po prostu musiałem mieć i ja. Ale nie mam pojęcia jak się pracuje z drewnem (bo naprawdę myślałem o tym, żeby samemu sobie zrobić). Na szczęście latem minionego roku na spotkaniu herbacianym zmówiłem się z Krzysztofem, który obiecał taki stolik dla mnie zrobić. I zrobił, czego efekt widać na zdjęciu. Ja osobiście jestem zachwycony.




Wróćmy do herbaty. Zagotowałem sobie wodę, przygotowałem chaxi, przesypałem porcję herbaty na łódeczkę. W tym czasie woda się uspokoiła i odrobinę przestygła, akurat na zielonego oolonga. Przekonałem się do sposobu parzenia, jaki sugerowała Ania Włodarczyk na swoich warsztatach - zamiast króciutkiego budzenia herbaty, które się zazwyczaj wylewa, łączy się budzenie z pierwszym parzeniem, trwa ono wtedy tak w przybliżeniu do minuty. Dobrze się to sprawdza ze skręconymi oolongami, które dzięki temu mają szansę nieco nasiąknąć wodą. Wlewam nieco wody do gaiwana, aby go rozgrzać, przelewam ją do morza, wrzucam liście do rozgrzanego gaiwana i zalewam wodą z czajnika. W czasie, kiedy herbata parzy się po raz pierwszy, przelewam wodę z morza do czarki, spokojnie rozgrzewam czarkę i niespiesznie wylewam wodę do naczynia na zlewki. Po tym czasie przelewam napar z gaiwana do morza i okazuje się, że jest wyśmienity. Czyli sposób działa. Okazało się też, że napar przelany z gaiwana mieści się idealnie w czarce, w takim razie do kolejnych parzeń morze herbaty nie będzie mi już potrzebne. A było tych parzeń wiele, bo to wydajna herbata.



Herbata jest pyszna, aromatyczna, wspaniale wypełnia usta smakiem. Piję ją powoli i zapominam o całym świecie.

Garść odnośników:
do sklepu thetea.pl
Jakub prowadzi na Facebooku profil Jakubtpottery
Krzysztof prowadzi profil Tea woodworks

niedziela, 11 września 2016

Sierpniowe Warsztaty Herbaciane *August Tea Workshop




[Please scroll down for English]

Stali czytelnicy blogów herbacianych znają zapewne blog Morze Herbaty prowadzony przez Anię. Miałem przyjemność poznać ją osobiście w tym roku podczas herbacianego spotkania noworocznego (było to notabene jedno z tych spotkań, które bezpośrednio doprowadziło do powstania Warszawskiego Kolektywu Herbacianego), potem wziąłem udział w organizowanych przez nią warsztatach chińskiej sztuki herbaty i... ciągle czułem niedosyt. Ania dysponuje ogromną wiedzą z zakresu herbaty i ceramiki, wyjątkową umiejętnością  przekazywania tej wiedzy i osobowością, która inspiruje (a przynajmniej inspiruje mnie).


Warszawski Kolektyw Herbaciany umówił się z nią, że przy okazji jej obecnej wizyty w Polsce, zorganizuje dla nas zaawansowane warsztaty z herbat turkusowych i tajwańskich oraz ceremonii gong fu cha.
Warsztaty te odbyły się w ostatni weekend sierpnia i trwały dwa dni, były więc nie tylko zaawansowane, ale i intensywne.
Zdobyliśmy naprawdę sporo wiedzy, poznaliśmy rozmaite rodzaje herbat turkusowych z Chin kontynentalnych i Tajwanu oraz herbat tajwańskich, przyjrzeliśmy się bliżej procesowi ich produkcji w zależności od rodzaju herbaty oraz doskonaliliśmy nasze umiejętności w zakresie parzenia herbaty metodą gong fu cha.



Trudno przecenić to wszystko, bo zupełnie czym innym jest czytanie o tym, a czym innym praktyka, oglądanie i wąchanie liści. Mając możliwość samodzielnego zaparzenia herbaty można szybciej wychwycić cechy charakterystyczne i różnice.
Sama metoda gong fu cha też mnie zaskoczyła - wydawało mi się, że mam ją z grubsza opanowaną, ale gdy przyszło mi zaparzyć herbatę okazało się, że ciągle o czymś zapominam, używam nie tej ręki, co trzeba itp.
Dobrze było się także dowiedzieć paru bardzo praktycznych rzeczy: że parzenie z użyciem tacy chapan, kiedy to chlapie się wodą na lewo i prawo, nie należy do eleganckich; że układ ręki podczas przelewania herbaty z czajnika do morza herbaty nie powinien wyglądać na bolesny, czy to, że czas parzenia jest różny dla wulongów zielonych i tych bardziej oksydowanych. Tych porad było tyle, że trudno mi nawet wszystkie teraz przywołać. Na pewno są one wszystkie w mojej głowie i w odpowiednim czasie dadzą o sobie znać.





Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką wyniosłem z tych warsztatów jest także świadomość atmosfery spotkania herbacianego. Atmosfera spokoju i ciszy stworzona przez Anię pozwoliła nam w pełni cieszyć się herbatą i wcale nie było sztywno ani smutno. Jeśli pamiętacie, był to bardzo gorący weekend, jadąc na warsztaty zastanawiałem się, czy wytrzymamy w takim upale (zapomniałem, że przecież wymyślono klimatyzację). Przejście ze świata zewnętrznego, pełnego gorąca, ludzi, hałasu, bodźców, do sali herbacianej, w której czekały na mnie uśmiechnięte twarze towarzyszy oraz wszechobecny nastrój skupienia i wyciszenia - było bardzo odczuwalne, jak jeszcze chyba nigdy wcześniej. Styl parzenia herbaty zaprezentowany przez Anię, minimalistyczny, pełen wysublimowanej prostoty odcisnął istotne piętno na moim wyczuciu herbacianej elegancji.


[ENGLISH]
If you happen to read Polish tea blogs you probably know Morze Herbaty blog by Ania. I had the pleasure to meet her at the beginning of this year at the New Year's tea meeting (it was also the meeting which led to the formation of the Warsaw Tea Society), then I took part in Chinese tea art workshop organised by her and still felt it was not enough. Ania has great knowledge of tea and pottery, a wonderful ability to convey the knowledge and a very inspiring personality.
The Warsaw Tea Society agreed with her to organise an advanced tea workshop while she is in Poland this summer. The workshop took place at the last weekend of August and lasted two days, so it was advanced and intense. It was about turquoise and Taiwanese tea.
We learned a lot about different kinds of tea, looked closely at the leaves, learned about the production process and also learned more about the gong fu cha ceremony.
The gong fu cha itself surprised me a lot. I had thought I know the basics of it but when it was my turn to make tea it turned out I keep forgetting things, keep using the wrong hand etc. We also learned some very interesting facts: using a chapan tea tray and spilling water all around it is not considered very elegant, when we pour tea from the teapot into the chahai pitcher the gesture should not look painful, that steeping time is different for green wulong and more oxidised wulong teas. There was so much advise I cannot recall all of it right now but it is all somewhere in my mind and I am sure it will come back when needed.
One of the most important things I gained at the workshop is the experience of the atmosphere of a tea meeting. Ania managed to create the atmosphere of calm and silence and still it was not stiff or sad. If you remeber, it was a very hot weekend and while on my way to the workshop I was wondering how we would manage in this heat (I apparently forgot people had invented air conditioning). There was a very big difference between the outside world full of heat, people, stimulation and the tea room where I could see smiling faces of my friends and feel the atmosphere of concentration and calm. Ania's tea making style, minimal, full of refine simplicity has had a significant impact on my perception of tea elegance.

niedziela, 1 listopada 2015

Oolong Dong Ding

Chińska tradycja zaleca jesienią picie herbat oolong, czyli średnio utlenianych, ponieważ mają one lekko zagrzewać nas w te chłodniejsze dni. Zazwyczaj staram się trzymać tych dawnych wytycznych, choć przyznam, że nie popadam w fanatyzm.

Dong Ding, pisany też np. jako Tung Ting lub Dong Ti, nie jest najmocniej utlenianym oolongiem (podobno około 30%), stąd uważa się, że bliżej mu do herbat zielonych niż czarnych. Jego nazwa pochodzi od góry Dong Ding (凍頂) na Tajwanie, na której to pierwotnie uprawiano sadzonki herbaty przywiezione z prowincji Fujian znajdującej się na kontynencie. Obecnie krzewy wykorzystywane do produkcji tej konkretnej herbaty rosną na zboczach wielu innych okolicznych gór. Nazwa samej góry też mnie zaciekawiła - Dong Ding oznacza "zmarznięty wierzchołek", a doszukałem się też informacji, że ponoć (nie znam chińskiego) oznaczać to może "chodzić na zmarzniętych palcach", co z kolei ma być idiomem na wspinanie się na palcach; był to podobno najbardziej efektywny sposób dotarcia na szczyt tej góry.

Liście herbaty, wraz z drobnymi kawałkami gałązek, są zwinięte w nieregularnie kulki. Ja osobiście nie czuję wyraźnego zapachu w samych suchych liściach. 












Dong Ding przechowuję w starej puszce po czarnej herbacie Liczi (oczywiście gruntownie umytej), nadaje się ona doskonale dzięki podwójnemu zamknięciu. Poza tym, bardzo lubię stare puszki po herbacie, każda ma swoją wyjątkową historię.




Parzenie:
Temperatura wody: 90°C - 95°C
Imbryk 200ml
Ilość herbaty: 3g
Czas parzenia: Budzenie < 5 sek, I 2 min, II 2 min 30 sek, III 3min

Herbata wsypana do rozgrzanego imbryka zaczyna wydzielać piękny śmietankowo-kwiatowy zapach, który daje wiele nadziei co do przyszłego smaku. Pierwsze i drugie parzenie dają miodowo-żółty napar i mają intensywny smak, śmietankowo-kwiatowy, dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po zapachu suchych liści w wygrzanym imbryku. Wyraźnie odczuwalny jest też smak, który ja, jak i wielu częstowanych gości, określamy jako "rosołkowy", mnie bardzo on odpowiada. Trzecie parzenie jest nieco słabsze, ale smak i aromat nadal są wyraźnie wyczuwalne. Często zaparzam tę herbatę też po raz czwarty i nawet piąty, i przyznam, że herbata ta jest bardzo smaczna nawet wtedy, choć oczywiście odpowiednio słabsza.






Lubię po zaparzeniu herbaty wyciągnąć liście i je oglądać. Są one różnej wielkości, zazwyczaj całe lub prawie całe. Widać na nich ciemniejsze plamki świadczące o częściowym utlenieniu i postrzępione brzegi liści, co jest jedną z cech oolongów.
 









Zanim trafiłem na Dong Dinga, próbowałem innych oolongów i najwyraźniej miałem pecha trafiać na herbatę niskiej jakości, cena też by na to wskazywała. Wydawało mi się, że nie będzie to herbata dla mnie, ale Dong Ding zupełnie zmienił moje podejście i teraz mogę go polecać każdemu.