poniedziałek, 5 lutego 2018

Biała herbata marki Kandy's

Podczas ostatniej wizyty na Marywilskiej, w wietnamskim sklepie spożywczym trafiłem na taką ciekawostkę: herbatę białą polskiej marki Kandy's. Na opakowaniu napisane jest, że herbata pochodzi z chińskiej prowincji Yunnan, całe opakowanie jest opisane po polsku, wynika z niego, że herbatę sprowadza, pakuje i sprzedaje polska firma (czyżby świadomość herbaty rosła?).



Postanowiłem zaparzyć tę herbatę w nieco innych warunkach, niż zazwyczaj. Urządziłem sobie chwilowe stanowisko do parzenia w kuchni, która jest najcieplejszym pomieszczeniem w mieszkaniu. Przyniosłem sobie chapan, normalnie wykorzystywany po koreańsku, czyli do odkładania przemytych naczyń, żeby doschły. Tym razem ustawiłem go na kuchennym stole, wykorzystałem czajniczek przywieziony z Korei, do którego mam wielki sentyment, ponieważ otrzymałem go od mistrza ceramiki podczas odwiedzin u niego i z racji jego wyglądu bardzo często parzę w nim chińskie herbaty. Do tego szklane morze herbaty, ostatnio używam tylko jego.



Liście są w różnym stopniu połamane - są takie bardzo drobne, są też całe pąki, duże kawałki większych liści. Herbata pod tym względem jest bardzo niejednorodna. 



Zagotowałem wodę, odczekałem chwilę, aż przestanie być za gorąca i rozgrzałem czajniczek. Liście wsypane do gorącego czajniczka pachną ładnie, nieco przypominają zapachem herbaty himalajskie. Zacząłem parzyć herbatę. Pierwsze parzenie było krótkie, dosłownie kilka sekund - są to niepozwijane liście, w dodatku niektóre z nich drobno połamane, wywnioskowałem, że herbata powinna zaparzyć się szybko, co też się stało. Przelałem herbatę do morza i podziwiałem jej kolor. Jest ładny, ciemno żółty, wpadający w bardzo delikatny brąz. Może to nawet za wiele, jak na białą herbatę. Pierwszy łyk to potwierdził, wyszła odrobinę za mocna, ale dobra. Bardzo wyraźnie czuć jej smak, naprawdę przypominający nieco herbaty himalajskie. Mimo delikatnej goryczki (wynikającej ze zbyt długiego parzenia i odrobinę zbyt wielu liści), to dobra, smaczna herbata. Przypomniała mi się biała herbata, również z Yunnanu, którą kiedyś piłem z Jolą z Herbacianego Notesu i Sayamą, kupiona przez Sayamę w osiedlowym sklepie spożywczym w Warszawie. Była innej marki, ale coś mi mówi, że pochodziła z podobnego źródła, co próbowana teraz przeze mnie Kandy's.



Herbata jest bardzo wytrzymała, zrobiłem serię krótkich parzeń, dopiero przy czwartym lub piątym trochę wydłużyłem czas parzenia. A ona nadal wychodziła dobra. W połączeniu z przystępną ceną (13zł za 50g) czyni to z niej porządną, ekonomiczną herbatę do swobodnego popijania. Minusem jednak może być fakt, że prawdopodobnie nie jest organiczna, nie pochodzi z rodzinnego, niszowego ogrodu herbacianego prowadzonego przez pasjonatów.



Liście po wszystkim prezentują się nie najgorzej - od razu rzucają się w oczy pąki i spore kawałki większych liści. Naprawdę ciekawa herbata.

Odsyłacze:

czwartek, 4 stycznia 2018

Organic Cui Yu Dong Ding Oolong 2017

W dzisiejszym parzeniu wyjątkowe było to, że właściwie każdy z jego elementów miał dla mnie duże znaczenie. Oczywiście, parzenie herbaty samo w sobie jest zawsze wyjątkowe, a przynajmniej staram się, żeby tak było, dziś jednak było coś jeszcze.



Zacznijmy od herbaty - Dong Ding Oolong był pierwszą herbatą opisaną przeze mnie na blogu! I choć ciężko będzie w to uwierzyć, od tamtej pory nie piłem często tego rodzaju oolonga... aż do niedawna, kiedy kupiłem go podczas zakupów u Wojtka z The Tea. Opisywana dzisiaj herbata, to organiczny Cui Yu Dong Ding Oolong. Jak mówił sam Wojtek, jest to klasyczny, niskooksydowany oolong, bez szału, ale przyzwoity.
Dla mnie jednak szał jest. Od kiedy pierwszy raz w życiu spróbowałem dobrego oolonga (a był to właśnie niskooksydowany Dong Ding) zakochałem się w tym śmietankowo-kwiatowym aromacie i smaku. Kiedy więc Wojtek mówił, że to taki "klasyczny, poprawny oolong" wiedziałem, że bardzo chcę go wypić. I nie zawiodłem się, herbata smakuje dokładnie tym, za co pokochałem tę grupę herbat, aromat jest bardzo wyraźny, przyjemny. 



Liście pozwijane są w zgrabne grudki, dość duże (zauważyłem jakiś czas temu, że bywają oolongi pozwijane w bardzo drobne grudki i zazwyczaj okazują się wtedy niskiej jakości). Kolor mają zielono-szmaragdowy, ta wersja herbaty nie jest podprażana (ewentualnie jest, ale bardzo delikatnie).

Porcję herbaty przesypałem do drewnianej łódeczki autorstwa Krzysztofa, który wytwarza drewniane akcesoria herbaciane. Należy do przesympatycznej grupy kieleckich herbaciarzy, której cechą szczególną jest bardzo niska średnia wieku (to prawdopodobnie w tej grupie znajduje się najmłodszy polski herbaciarz, choć jeszcze akurat jego nie miałem okazji poznać). O Krzysztofie będzie jeszcze za chwilę, bo łódeczka to nie jedyne cudo jego autorstwa. O ile dobrze pamiętam, jest wykonana z jesionu, z miejscowego drewna. Podoba mi się taki naturalny, lokalny akcent. Wiele osób utyskuje, że w Polsce kultura herbaty nie stoi na wysokim poziomie, a może właśnie dzięki takim ludziom jak herbaciarze, którzy są artystami-rzemieślnikami uda się ją podnieść na wyższy poziom. Łódeczka ma piękne, naturalne, nieregularne kształty, nie pachnie, dzięki czemu można bez przeszkód podziwiać aromat liści herbaty. Jest jedna rzecz, która sprawia, że jest mi wyjątkowo bliska - dostałem ją od Krzysztofa w prezencie urodzinowym.



Dzisiejsze chaxi to jednak nie tylko ta łódeczka. O gaiwanie autorstwa Andrzeja Bero już pisałem. Stali czytelnicy powinni też już poznawać obrusik przywieziony z Korei. Nowością są: szklane morze herbaty i czarka. Morze znalazłem kilka dni temu podczas zakupów "u Wietnamczyków" czyli na Marywilskiej (w Warszawie). Kupiłem też oczywiście trochę herbat, które czekają na swoją kolej. Gdy okazało się, że do odjazdu autobusu mam jeszcze kwadrans, przeszedłem się niespiesznie pomiędzy sklepikami i trafiłem na sklep z artykułami domowymi, gdzie w rogu, zakurzone i niechciane leżało najprawdziwsze szklane morze herbaty, jak z tych wszystkich super-hiper HD i w ogóle filmików na youtubie. Nie mam pojęcia, czy sprzedawca miał świadomość, że to jest prawdziwe morze herbaty (obstawiam, że nie, tym bardziej, że urodę miał bliskowschodnią, a nie wiem, jak u nich ze znajomością gong fu cha). Zapytałem o cenę, sprzedawca przechylił głowę, jego oczy mówiły: "u mnie było coś takiego?" i odpowiedział, że osiem złotych. 
Napar każdej herbaty prezentuje się niesamowicie w takim naczyniu.




A teraz czarka: też łączy się z nią sentyment, bo to także jest prezent urodzinowy. Tym razem od Jakuba, z tej samej kieleckiej grupy, który od pewnego czasu doskonali swoje umiejętności ceramika. Czarka jest dość duża (w sam raz na porządne jednoosobowe herbatowanie), będzie idealna na lato. Jest jasna, więc zielone herbaty będą się w niej ładnie prezentować, niska, ale szeroka, dzięki czemu napar zdąży odrobinę przestygnąć przed wypiciem. W pakiecie prezentowym był jeszcze hohin, ale jest za duży na dzisiejsze parzenie. Pewnie wystąpi przy innej okazji.




No i stolik. Tak, ten stolik, to jest coś. Od czasu wizyty w Korei chorowałem na taki naturalny, drewniany stolik o surowej, nieco chropowatej estetyce. Tam chyba wszyscy herbaciarze takie mają i po prostu musiałem mieć i ja. Ale nie mam pojęcia jak się pracuje z drewnem (bo naprawdę myślałem o tym, żeby samemu sobie zrobić). Na szczęście latem minionego roku na spotkaniu herbacianym zmówiłem się z Krzysztofem, który obiecał taki stolik dla mnie zrobić. I zrobił, czego efekt widać na zdjęciu. Ja osobiście jestem zachwycony.




Wróćmy do herbaty. Zagotowałem sobie wodę, przygotowałem chaxi, przesypałem porcję herbaty na łódeczkę. W tym czasie woda się uspokoiła i odrobinę przestygła, akurat na zielonego oolonga. Przekonałem się do sposobu parzenia, jaki sugerowała Ania Włodarczyk na swoich warsztatach - zamiast króciutkiego budzenia herbaty, które się zazwyczaj wylewa, łączy się budzenie z pierwszym parzeniem, trwa ono wtedy tak w przybliżeniu do minuty. Dobrze się to sprawdza ze skręconymi oolongami, które dzięki temu mają szansę nieco nasiąknąć wodą. Wlewam nieco wody do gaiwana, aby go rozgrzać, przelewam ją do morza, wrzucam liście do rozgrzanego gaiwana i zalewam wodą z czajnika. W czasie, kiedy herbata parzy się po raz pierwszy, przelewam wodę z morza do czarki, spokojnie rozgrzewam czarkę i niespiesznie wylewam wodę do naczynia na zlewki. Po tym czasie przelewam napar z gaiwana do morza i okazuje się, że jest wyśmienity. Czyli sposób działa. Okazało się też, że napar przelany z gaiwana mieści się idealnie w czarce, w takim razie do kolejnych parzeń morze herbaty nie będzie mi już potrzebne. A było tych parzeń wiele, bo to wydajna herbata.



Herbata jest pyszna, aromatyczna, wspaniale wypełnia usta smakiem. Piję ją powoli i zapominam o całym świecie.

Garść odnośników:
do sklepu thetea.pl
Jakub prowadzi na Facebooku profil Jakubtpottery
Krzysztof prowadzi profil Tea woodworks

niedziela, 19 listopada 2017

Tie Guan Yin z Muzha, nowy gaiwan i pojemnik na herbatę

Niedawno miałem okazję zaparzyć w domu Tie Guan Yin z Muzha. Muzha, to obecnie dzielnica stolicy Tajwanu, Tajpej, a pochodząca stamtąd wersja Tie Guan Yin, którą dziś opisuję była mocno podprażana (idealna na coraz zimniejsze dni). Spotkania z tą herbatą były bardzo ciekawe i wiele mnie nauczyły. Zaparzała się mocniej i szybciej niż się tego z początku spodziewałem, przez co parzyłem ją uważnie i w skupieniu. Musiałem dostosować ilość liści do charakteru herbaty tak, żeby uzyskać napar o wyważonym smaku. Było to dla mnie dobre, ponieważ parzenie herbaty po pewnym czasie może nabrać cechy czynności wykonywanej automatycznie, a wcale mi na tym nie zależy.

Dodatkowo, w okresie, kiedy miałem tę herbatę u siebie, przeczytałem gdzieś (prawdopodobnie na blogu Teamasters), refleksję mówiącą, że prawdziwą ideą przyświecającą gong fu cha nie jest wcale parzenie dużej ilości liści przez krótki czas, lecz harmonijne wyważenie wszystkich elementów parzenia i skupienie na herbacie.



Tie Guan Yin z Muzha postanowiłem od samego początku parzyć w gaiwanie. Była to dla mnie raczej nowa herbata, nie miałem wcześniej z nią zbyt często do czynienia, a już na pewno nie parzyłem jej nigdy sam w domu. Gaiwan, mimo tego, co się może wydawać osobom, które nie używały go wcześniej, jest jednym z najlepszych naczyń do parzenia herbaty, zwłaszcza takie, której jeszcze się dobrze nie poznało - pozwala na kontrolowanie procesu parzenia dzięki temu, że można bardzo łatwo zerkać do wnętrza i podglądać, czy herbata jest już wystarczająco mocno zaparzona.



Wybrałem mój najnowszy nabytek, gaiwan od Andrzeja Bero, który kupiłem ze względu na to, że mi się po prostu podobał, jak i na efekt, jaki miał się na nim pojawić. Już po pierwszych kilku zaparzeniach pęknięcia szkliwa zabarwiły się od herbaty i powierzchnia naczynia, tak wewnątrz, jak i na zewnątrz pokryła się niesamowitą siatką ciemnych żyłek. Widywałem wcześniej naczynia z taką dekoracją jedynie w internecie i niezmiennie mnie zachwycały. Co ciekawe, pokrywka pozostaje nienaruszona. Andrzej Bero sugerował, żaby moczyć ją w herbacie dla uzyskania tego samego efektu, ale mnie ten kontrast się podoba, tym bardziej, że podstawka również nie ma widocznej siatki spękań i powstaje swoisty wzór: gładka podstawka, na niej główna część gaiwana ze spękaniami przykryta znowu gładką pokrywką.



Gaiwan idealnie prezentuje się z czarką od Anety Zatyki, którą mam już od dłuższego czasu. Można by pomyśleć, że pochodzą z jednego zestawu, a tak naprawdę to dzieła dwóch ceramików. Morzem herbaty jest tutaj sugu z mojego pierwszego koreańskiego zestawu. Dopełnieniem jest naczynie na herbatę, też kupione u Andrzeja Bero w czasie poznańskiego festiwalu herbaty "Zaparzaj!". Takie pojemniki na herbatę w Korei nazywane są chaho [cia-ho] lub daho [ta-ho] (po chińsku będzie ty chyba chahu, po japońsku chako, tak myślę). Od dawna chciałem taki mieć, a ten konkretny jeszcze w dodatku przypomina wyglądem tradycyjne koreańskie onggi, czyli dzban do kiszonek (przy czym prawdziwe onggi są dużo większe).




Jak widać, zwiniętych w kuleczki liści herbaty nie wsypałem dużo. Taka ilość w zupełności wystarczy do przyrządzenia naparu, który dla mnie ma smak wystarczająco intensywny. Ta herbata zaparza się bardzo szybko (mimo liści zwiniętych w kulki). W zapachu liści wsypanych do wygrzanego gaiwana wyraźnie wyczuwalne jest prażenie i tak też jest z samym naparem. Gdy piłem tę herbatę czułem, że jest to oolong, ale smak prażenia był chyba na pierwszym miejscu. Napar ma kolor miodowy, pozostaje taki przez wszystkie parzenia (w końcowych często jest bledszy niż na początku, ale to naturalne).



 Nie będę pisać o ilości liści, temperaturze wody, czy czasie parzenia, bo już dawno przestałem takie dane rejestrować, czy w ogóle zwracać na nie większą uwagę. Kiedy przygotowuję wodę na herbatę, pozwalam jej tylko nieco ostygnąć (jeśli mam parzyć oolongi), zanim przeleję ją do termosu. Ilość liści i czas poszczególnych parzeń, to już kwestia wybitnie indywidualna i według mnie powinna wynikać z dokładnej obserwacji herbaty i jej zachowania. Wtedy herbatę parzy się z uwagą i skupieniem, czas przeznaczony na parzenie poświęcając tylko i wyłącznie obcowaniu z herbatą i jej duchem.



Jeszcze jedna mała uwaga: ja słowo "gaiwan" wymawiam jak najbliżej chińskiego oryginału, czyli "gaiłan".

czwartek, 12 października 2017

Ważne postacie koreańskiej kultury herbaty: Królowa Heo Hwang-ok

Szukając informacji dotyczących początków herbaty w Korei bardzo często natrafiałem na informacje o legendarnej królowej Heo, ponieważ jednak za legendami nie przepadam, z początku pomijałem ten temat. Ale królowa Heo nie dawała za wygraną i ciągle o sobie przypominała, innymi słowy - opowieść o tej starożytnej kobiecie jest we współczesnej Korei tak popularna i żywa, że nie sposób ją pominąć. Tym bardziej, że ma ona związek z kulturą herbaty.

Królowa Heo Hwang-ok (허황옥 / 許黃玉, czyt. ho hłang-ok, gdzie "Heo" jest nazwiskiem) jest legendarną małżonką króla Suro, założyciela starożytnego koreańskiego państwa Gaya z okresu Trzech Królestw. Żyła na przełomie I i II w. n.e. (poślubiła króla Suro w roku 48 n.e.). To bardzo ciekawa postać, choć samo jej istnienie jest nadal przedmiotem sporów wśród historyków. Wspomina o niej trzynastowieczna kronika koreańska Samguk Yusa, lecz nadal nie wiadomo, czy była postacią rzeczywistą. Według legend miała przybyć do Korei z bardzo odległego kraju (najpopularniejsza wersja mówi, że z Indii, konkretniej z miasta Ayodhya w stanie Uttar Pradesh) w celu poślubienia młodego króla, ponieważ taki nakaz uzyskała we śnie. 

Jej przybycie do Korei jest najczęściej badane przez historyków pod kątem pojawienia się na Półwyspie Buddyzmu, lecz mnie najbardziej zaciekawiły jej związki z herbatą. 
Na południu Półwyspu, u podnóża wspominanej przeze mnie nieraz góry Jiri, rosną dzikie krzewy Camellia sinensis, z których produkuje się wysokiej jakości herbatę. Jak już wspominałem w jednym z wcześniejszych wpisów, została ona tam zasadzona za czasów króla Heungdoka z nasion lub sadzonek przywiezionych z Chin (raczej nielegalnie) przez królewskiego posła Daeryoma. Był to IX wiek n.e. i była to pierwsza udana próba uprawy herbaty w Korei. W późniejszych stuleciach, już za czasów dynastii Jeoson (1392-1897), zaniechano uprawy tych krzewów, przez co zdziczały. Dziczały również plantacje herbaty rosnące wokół likwidowanych i niszczonych klasztorów buddyjskich w wielu innych miejscach. Dziko rosnąca herbata stała się następnie, już w czasach nam bliższych, pożywką dla ciekawych opowieści. Jedna z tych opowieści głosi, że to właśnie królowa Heo przywiozła do Korei herbatę w początkach naszej ery i rozpoczęła jej uprawę, i że dzikie krzewy są pozostałością jej plantacji. Jest to legenda, nie znajduje ona potwierdzenia w źródłach historycznych, ale jest bardzo popularna i nie zdziwcie się proszę, jeśli kiedyś ktoś z Korei będzie Was przekonywać, że tak właśnie było.

O królu Suro i jego tajemniczej małżonce nakręcono nawet w Korei serial (taki typowy południowokoreański serial zwany potocznie "dramą").

Podobno królowa Heo żyła 157 lat. Może dzięki herbacie? ;)

O pośle Daeryomie i początkach herbaty w rejonie góry Jiri pisałem tutaj

niedziela, 18 czerwca 2017

Cha Hyeon Won, zielona herbata z Korei

Opiszę dziś herbatę, której bardzo małe opakowanie otrzymałem od pani Pak jako upominek. Jest to herbata zielona z Korei, a dokładniej z podnóża góry Jiri [dziri]. Na opakowaniu widnieje logo powiatu Gurye, który graniczy ze słynnym Hadongiem i również leży w cieniu znanej herbaciarzom góry Jiri. Spodziewać się więc można, że herbata z Gurye również powinna być dobrej jakości.



Tak wygląda opakowanie herbaty. Widnieje na nim nazwa herbaty zapisana znakami chińskimi, co w przypadku herbaty jest częstą praktyką - koreańska kultura herbaty jest mocno związana z tradycją, a znajomość pisma chińskiego jest w Korei nobilitująca (można to porównać do znajomości greki i łaciny na Zachodzie). Nazwa Cha Hyeon Won [cia-hjon-łon] (茶絃宛) była jednak dla mnie dość problematyczna. O ile same znaki pojedynczo mogłem zrozumieć, o tyle w takim połączeniu nie miały dla mnie żadnego sensu. Wertowałem słowniki znaków (czy może raczej przeklikiwałem, bo tych papierowych nie używam od nie pamiętam kiedy) i nadal niczego sensownego nie mogłem ukuć. W końcu, dzięki pomocy mądrych głów* udało się mniej więcej uzyskać znaczenie: "delikatna herbata idealna do picia w ogrodzie" (jest to wolne tłumaczenie).
Małym pismem, już tylko koreańskim, wyjaśniono obok, że jest to herbata produkowana ręcznie, starannie, tradycyjnie itp. i że jest podprażana.

Z tym podprażaniem, to też ciekawa sprawa. Wydawało mi się, że słowo nokcha (녹차/綠茶) będzie w Korei w powszechnym użyciu, bo oznacza po prostu zieloną herbatę (nok=zielony, cha=herbata). Tymczasem bardzo często słyszałem, jak o zielonej herbacie mówi się toekkeumcha [tok-kym-cia] (덖음차), co znaczy "herbata prażona". To całkiem logiczne, zważywszy na proces produkcji zielonej herbaty w Korei. Lektura koreańskich stron poświęconych herbacie uświadomiła mi też, że nazwy tej używa się po to, aby odróżnić herbatę zieloną koreańską (prażoną) od zielonej japońskiej senchy (parowanej). 



Do zaparzenia przygotowałem sobie koreański zestaw (czajnik i miseczka sugu), do niego dwie dość duże czarki (też koreańskie). Ich rozmiar wydaje mi się idealny do domowego picia zielonej herbaty, która jest chłodniejsza i można ją pić z większych czarek, nie trzeba czekać aż nieco ostygnie i nie będzie parzyć. Na obrusiku widnieje napis "herbata to dusza/serce" (茶는 마음입니다) i tutaj też, ile się dało, tyle zapisano znakami chińskimi, czyli tak naprawdę tylko słowo cha, bo pozostała część, to wyrazy rdzennie koreańskie.



Suche liście wydają się dość ciemne, ale wyglądają ładnie, aromat też jest wyczuwalny, choć słabo. Dopiero parzenie wydobywa jej intensywny, roślinny, słodki zapach. Kolor naparu, słomkowo-żółty, może wpadać w jasną zieleń. Zapach niezwykle intensywny, smak bardzo wyraźny, roślinno-warzywny, mnóstwo umami, żadnej goryczki. Bardzo dobrej jakości herbata. Można jej zaparzyć małą ilość i otrzymany napar będzie bardzo smaczny i aromatyczny. Kiedy ją piłem, przypomniało mi się, jak pani Pak wspominała, że jej osobiście najbardziej smakują herbaty z Hadongu, a ta była z sąsiedniego powiatu, czyli też z dobrej okolicy. U podnóża góry Jiri musi być coś specjalnego w glebie, skoro już ponad tysiąc lat temu król nakazał, aby właśnie tam zasadzić sadzonki herbaty przemycone z Chin.








Liście po zaparzeniu nie pozostawiają wątpliwości, że to herbata zielona. Są tam zarówno liście całe, jak i niecałe. Wypiłem już całe opakowanie tej herbaty, było naprawdę małe, i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie.

*za szczere chęci i pomoc w zrozumieniu nazwy herbaty dziękuję pani Pak i Sayamie.



sobota, 22 kwietnia 2017

Korea, kwiecień 2017

Krótki pobyt w Korei na początku kwietnia pozwolił mi osobiście doświadczyć nieco koreańskiej kultury herbacianej. W czasie, kiedy w Polsce kwiecień nadal nie mógł się zdecydować, którą właściwie jest porą roku, w Korei była już prawdziwa wiosna (choć czasem padało).

Korea przywitała mnie kwitnącymi wiśniami. Drzewa wiśni rosną w wielu miejscach, a temu, kto wpadł na pomysł, żeby zasadzić je wzdłuż lokalnych dróg należy się specjalna nagroda. Wygląda to zjawiskowo.


W pobliżu miasta Gwangyang [głangjang], w którym byłem, znajdują się dwa znane rejony uprawy herbaty - Boseong [posong] i Hadong. Krzewy herbaty w Hadong można obserwować np. przejeżdżając samochodem, rosną one w prywatnych ogrodach w pobliżu rzeki Seomjin [somdzin], jak też dziko na zboczach gór (w opinii miłośników herbaty, te rosnące dziko w górach, z których liście zrywa się ręcznie, dają najlepszą herbatę). Natomiast Boseong to właściwie plantacja i atrakcja turystyczna w jednym. Można tam zostawić samochód na parkingu, trzeba kupić bilet wstępu i wszystko jest zorganizowane tak, żeby przyjąć duże liczby odwiedzających. Na szczęście tego dnia, kiedy tam byłem, była bardzo gęsta mgła. Gości nie było prawie wcale, a krajobraz wyglądał tajemniczo i magicznie. Dzięki mgle i małej liczbie odwiedzających całe miejsce było niezwykle ciche i spokojne (tak naprawdę nie było tam prawie nikogo, tylko pani Pak, ja i przypadkowo spotkana para polskich turystów... przypadkowo spotykani polscy turyści, to chyba nieodłączny element każdego egzotycznego miejsca...)




Krzewy herbaty już szykowały się do nadchodzących zbiorów, które miały nastąpić prawdopodobnie pod koniec miesiąca.

Na miejscu jest oczywiście sklepik z pamiątkami herbacianymi oraz miejsce, gdzie herbaty można się napić.



Na stołach ustawione są zestawy do parzenia herbaty i termosy z wodą, a herbatę dostaje się zapakowaną w saszetki, co pewnie ułatwia obsłudze sprzątanie po gościach. To raczej miejsce do spróbowania herbaty jako jeszcze jednej atrakcji wycieczki. Atmosfera żadna, herbata smakuje przeciętnie.

Dużo lepsze wspomnienia mam z herbaciarni Dayun w rejonie Hadong, gdzie herbatą podjęła nas sama właścicielka, pani Jeong [dziong]. O ile dobrze pamiętam, była to paryocha jej własnej produkcji, bardzo smaczna. Atmosfera miejsca też bardzo herbaciana, spokój, cisza, herbata parzona przez herbaciarza. W herbaciarni można też zaopatrzyć się w ceramikę.





Herbaty można się też napić w mniej oczywistych okolicznościach - np. podczas wizyty w muzeum. W holu muzeum w twierdzy Jinju [dzindziu] miejscowe towarzystwo herbaciane częstowało herbatą.



Można było się przysiąść, napić herbaty, miło pogawędzić z gospodarzami. Mimo, że herbaty mógł się tam napić każdy, kto przechodził obok, atmosfera była mocno herbaciana, spokojna, cicha, przestrzeń herbaciana była bardzo elegancko i schludnie zaaranżowana. Gospodarze bardzo kulturalni i taktowni.

Herbata nie byłaby sobą bez buddyzmu i buddyzm nie byłby sobą bez herbaty, stąd można jej skosztować także podczas odwiedzin w świątyni buddyjskiej. Tutaj zdjęcie jednego z przejść na terenie świątyni Naejang [nedziang], na górze znajduje się pawilon, w którym można nieodpłatnie napić się herbaty.


Po wybraniu stolika, siada się na podłodze (najpopularniejszy w Korei sposób siadania, podłogi w Korei są ciepłe) i otrzymuje czarki oraz dzbanek z naparem. Można poprosić o kolejną porcję.

Tego typu stoły herbaciane są w Korei niezwykle popularne, solidny kawał litego drewna, o naturalnym kształcie. Kultura herbaty w Korei jest mocno związana z naturą.
Nic dziwnego, że herbata w Korei smakuje bardzo dobrze, skoro tamtejsza woda jest wyśmienita. Tutaj ujęcie wody na terenie świątyni Songgwang.

Kultura herbaty w Korei, mimo że nie jest tak rozwinięta jak w Chinach, czy Japonii, jest dobrze widoczna. W większych miastach istnieją towarzystwa herbaciane, a znalezienie sklepu z herbatą, czy akcesoriami nie sprawia większych problemów. Jeśli Koreańczycy mówią o kimś, że "pije herbatę", wszyscy wiedzą o co chodzi i nie reagują zdziwieniem. Kultura herbaty traktowana jest też jako część dziedzictwa narodowego.

Zaskoczyło mnie, że za każdym razem, gdy spotykałem się z ludźmi herbaty i opowiadałem, skąd przyjechałem, padało jedno i to samo pytanie: "A jaką herbatę tam się pije?" Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo zupełnie zbijało mnie ono z tropu. "Jak to, jaką?" - myślałem. "Przecież każdy pije taką, jaka mu smakuje". Pani Pak odpowiadała wtedy: "Głównie czarną z Indii i Sri Lanki. Proszę pamiętać, że to jest kraj, w którym nie rośnie ani jeden krzew herbaty". Dopiero po jakimś czasie mnie olśniło: Korea, to przecież kraj, w którym uprawia się herbatę, Koreańczycy piją głównie krajowe herbaty, a pozostałe w ramach ciekawostki. W dużym uproszczeniu można przyjąć, że tamtejsze rozumowanie zakłada następujący porządek: Chińczycy piją oolongi i pu-erhy, Japończycy matchę i senchę, w Indiach króluje chai, a w Korei pije się nokchę i paryochę. Stąd ciekawi byli (nie mając świadomości, że herbata w Polsce nie rośnie), jaką herbatę sobie sami produkujemy i jak wygląda nasza kultura herbaciana. 

Z Korei wróciłem pełen wspomnień, doświadczeń i z przekonaniem, że jeśli wiedzę o herbacie i kulturze herbaty można by zamknąć w książce, to ja nadal jestem gdzieś w okolicach strony tytułowej ;)

wtorek, 21 lutego 2017

Ważne postacie koreańskiej kultury herbaty: Daeryeom

W Korei funkcjonuje wiele opowieści traktujących o rozpoczęciu upraw herbaty, a jedną z najstarszych i najbardziej znanych jest opowieść o pośle Daeryeomie.

Daeryeom [de-rjom] (대렴), żył w Korei w czasach dynastii Shilla (668-935) i jego postać silnie związana jest z historią upraw herbaty w położonym na południu półwyspu rejonie Hadong, w którym znajduje się góra Jiri. Jiri, to jeden z najwyższych szczytów Korei, wokół którego rozciąga się park narodowy o tej samej nazwie. W parku tym rosną krzewy herbaty, z których pozyskuje się wysokiej jakości liście do produkcji herbat koreańskich.

Daeryeom, jako poseł króla Heungdeoka (777-836) udał się na dwór chińskiej dynastii Tang. Wracając do Korei przywiózł ze sobą sadzonki herbaty (niekiedy mówi się, że były to nasiona), które król nakazał zasadzić w okolicy góry Jiri. W tamtych czasach władcy zależało na rozpropagowaniu kultury picia herbaty, wobec czego należało wyszukać i sprowadzić z Chin dobre jakościowo sadzonki krzewu herbacianego. Nie wiadomo niestety, gdzie dokładnie założono ten pierwszy ogród herbaciany. W powiecie Hadong postawiono jednak pamiątkowy głaz nawiązujący do tamtego wydarzenia.

Pochodząca z XII wieku koreańska kronika Samguk sagi tak opisuje to wydarzenie: "W trzecim roku panowania Heungdeoka, czterdziestego drugiego króla Shilla [czyli w roku 828], poseł do kraju Tang, Daeryeom, powrócił z sadzonkami herbaty. Król nakazał je zasadzić przy górze Jiri. Herbata była już obecna w czasach królowej Seondeok [632-647], ale tym razem uprawa wyjątkowo dobrze się przyjęła."