wtorek, 5 lutego 2019

Tschanara - plantacja herbaty w Niemczech

W maju ubiegłego (2018) roku miałem w końcu szansę odwiedzić małą niemiecką plantację herbaty w niemieckiej Nadrenii-Północnej Westfalii. Odkąd dowiedziałem się o jej istnieniu, bardzo chciałem tam pojechać, bo to przecież "tak blisko", że szkoda byłoby nie zajrzeć.



Tschanara znajduje się w miejscowości Odenthal-Scheuren, w delikatnie górzystym terenie, niedaleko od wielkiej aglomeracji Ren-Ruhra. Po drodze miejskie krajobrazy szybko znikają, a teren staje się coraz bardziej pagórkowaty, miejscami nieco górzysty. W takiej właśnie okolicy, na stoku, ulokowała się plantacja.



Prowadzona jest przez koreańsko-niemieckie małżeństwo i wiele jest w niej elementów charakterystycznych dla Korei - zestaw do herbaty, w którym właściciele parzą własną herbatę, wiele krzewów zostało przywiezionych z Korei.
Jednak znajdziemy tam nie tylko krzewy koreańskie. Aby zbadać, które odmiany najlepiej zaaklimatyzują się w lokalnych warunkach, właściciele plantacji sprowadzili rozmaite odmiany krzewu herbacianego z różnych stron świata, m.in. z Tajwanu, Chin, Indii, czy nawet z Azorów, które do niedawna mogły pochwalić się jedynymi w Europie (ale jednak nie na kontynencie) uprawami herbaty.
Obecnie, w związku ze zmianami klimatu, uprawy herbaty pojawiają się w Niemczech, Holandii, Szwajcarii, a nawet Szkocji. Większość z nich zrzeszona jest w organizacji Tea Grown in Europe.



Atmosfera na samej plantacji jest niesamowita. Z jednej strony rosnące w rzędach krzewy herbaciane pozwalają poczuć się jak w egzotycznej scenerii, z drugiej strony swojskie muczenie krów, widok środkowoeuropejskiego lasu na horyzoncie, nie pozwalają zapomnieć, że jesteśmy w sercu Europy, o pół godziny jazdy od Kolonii czy Duesseldorfu.













A sama herbata? Wspaniała. Siedząc przy wspólnym stole, w cieniu drzew, mając na wyciągnięcie ręki krzewy herbaty, piliśmy oolonga i herbatę zieloną. Parzył je sam właściciel, były to oczywiście herbaty z Tschanary. W smaku były wyśmienite i czuć w nich było delikatnie, że są niezależne, tutejsze, jedyne w swoim rodzaju. Szkoda, że w tamtym momencie nie były jeszcze wprowadzone do sprzedaży... ale w prezencie otrzymałem paczkę herbaty zielonej, o której niebawem napiszę.

P.S. Wielkie podziękowania należą się Magdzie, Jackowi i Miłoszowi :)

niedziela, 28 października 2018

Festiwale herbaty w Korei 2018

Wybierając się do Korei w maju tego roku liczyłem na to, że uda mi się zajrzeć na festiwal herbaty w Hadong, miejscu słynnym z dobrej jakości herbaty, wytwarzanej z liści krzewów dziko rosnących na zboczach masywu Jiri-san.
Rzeczywistość okazała się dla mnie łaskawsza - już na miejscu dowiedziałem się, że w tym samym czasie w okolicach miasta pani Pak, mojej koreańskiej herbacianej przewodniczki, odbywają się dwa festiwale herbaty, że każdy z nich jest dwudniowy i na oba uda się pojechać :)

Po drodze na festiwal w Hadong trzeba przekroczyć strumień mostkiem wyściełanym trzciną.
Pierwszym z festiwali, na które pojechaliśmy, był ten w Hadong. To była moja druga wizyta w tym miejscu w życiu i zaskoczyło mnie jak dobrze zapamiętałem drogę biegnącą pomiędzy zboczem góry, a rwącym potokiem. Pogoda była ładna i z każdym kolejnym przejechanym metrem rosła ekscytacja.
Na sam festiwal dostać się można małym, wyściełanym trzciną mostkiem przerzuconym nad potokiem. To był niejako wstęp do wydarzenia w miejscu, w którym tak celebruje się tradycję i naturę.
Festiwal w Hadong, którego pełna nazwa brzmi Festiwal Kultury Dzikiej Herbaty, kładzie zauważalny nacisk na duchową stronę kultury herbaty, jej powiązania z koreańską tradycją i naturą. Większość stoisk prezentowała ręcznie wykonaną ceramikę (lub taką wyglądającą na ręcznie wykonaną), dużo drewnianych akcesoriów i oczywiście herbatę z krzewów dziko rosnących (lub z takich, które koło nich rosną, żeby nie popadać w nadmierną egzaltację). Można tam zobaczyć wiele osób ubranych w stroje inspirowane szatami mnichów buddyjskich lub saenghwal hanbok [sęhłal hanbok], czyli "codzienny hanbok". Hanbok, to tradycyjny strój koreański, a codzienny hanbok, to jego nowoczesna wersja, inspirowana dawnymi wzorami, dostosowana do wymogów współczesności, to bardzo popularny strój wśród koreańskich ludzi herbaty.












Paryocha (także jako Balhyocha) - koreańska herbata o utlenianych liściach
Okazało się też, że pani Pak na jednym ze stoisk wypatrzyła znajomego mistrza sztuki kaligrafii, bardzo cenionego Hwabong Choe Gi-yeong [Hłabą Ćhłe Gi-ją]. Mistrz, ucieszony tym spotkaniem, postanowił sporządzić kaligrafię dla gości. Naprawdę! Koreański mistrz sztuki kaligrafii sporządził dla mnie kaligrafię! Zapytał tylko, co chciałbym, żeby dla mnie napisał... i chyba podałem najoczywistszą odpowiedź - "Droga Herbaty", czyli "Dado". Ten zwój przechowuję teraz jako mój najcenniejszy skarb. Powinienem go oprawić, ale boję się, że zrobię to źle i go uszkodzę.






Mistrz Hwabong podczas pracy nad kaligrafią


Da-seon-il-mi (od lewej do prawej) - "Herbata i zen mają ten sam smak"



W odległym końcu festiwalu przedstawiano kulturę herbaty z innych zakątków świata. Były przeeleganckie panie z koreańskiej szkoły Urasenke prezentujące japońskie chadou, było stoisko amerykańskie (herbatę uprawia się na Hawajach), oraz stoisko europejskie, chyba najbardziej kosmiczne, gdzie panie w strojach do flamenco podawały herbatę parzoną w samowarze, do tego mnóstwo filiżanek w różyczki (moje ulubione ;) i koronkowych serwetek. Takie stężenie europejskości na metr sześcienny, że momentami bałem się, że zacznę jodłować. Niestety, mój telefon miał jakieś problemy z pamięcią i nie wszystkie zdjęcia się zapisały. A szkoda, bardzo Wam chciałem to pokazać.

Boseong.
Tym drugim festiwalem, na który miałem możliwość pojechać, był festiwal herbaty w Boseong [posą]. Jeśli czytaliście o moim poprzednim pobycie w Korei, lub po prostu sami wiecie coś o herbacie w Korei, będziecie pamiętać, że to plantacja herbaty pamiętająca jeszcze czasy okupacji japońskiej. Uprawia się tam herbatę na większą skalę i bardziej mechanicznie niż w Hadong. Sam festiwal też sprawiał wrażenie mniej uduchowionego.
W Boseong znajduje się muzeum herbaty, trzeba przyznać, że już dla samego muzeum warto tam pojechać. Jest bardzo dobrze urządzone, przejście go zajmuje dużo czasu i można się dowiedzieć bardzo wielu przydatnych rzeczy o herbacie nie tylko koreańskiej, ceramice, sztuce herbaty i kulturze herbaty. Zdjęcia, niestety, nie zachowały się.
Stoiska na festiwalu w Boseong były powiązane z kulturą herbaty, ale nieco mniej ściśle niż w Hadong. Największą i w sumie najbardziej herbacianą atrakcją było jednak robienie herbaty sprasowanej ddoek-cha [ttok-cia].


Herbata zielona, smakowała wyśmienicie, był to więc zapewne Woojeon [udzion].

Ładnie ubijałem papkę herbacianą, wobec czego pani przydzieliła mi herbatę wykonaną dwa lata wcześniej. Moją herbatę z kolei dostanie ktoś grzeczny za dwa lata.

Z takiej herbacianej papki kształtuje się krążki ddeok-cha.

W środku każdego krążka ddeok-cha wydrąża się otwór do nawlekania. Herbata suszy się rozwieszona w przewiewnym miejscu.

Foliowe rękawiczki są średnio wygodne, ale moją herbatę ma dostać ktoś inny za dwa lata, więc wiecie.

Przy okazji ddeok-cha warto wspomnieć o jednej rzeczy - wśród polskich herbaciarzy trafić można czasem na informację o tym, że "ddeok" to onomatopeja i oddaje głuchy dźwięk uderzania. Nie wiem, skąd wzięła się ta informacja, ale "ddeok" to także nazwa konkretnej koreańskiej przekąski, a sami Koreańczycy pytani przeze mnie nie podejmują się wyjaśniania, skąd to słowo pochodzi. W internecie można znaleźć długie wywody kolejnych uczonych i mniej uczonych o tym, skąd może pochodzić to konkretne słowo, tych teorii jest naprawdę mnóstwo. Skoro więc sami Koreańczycy nie są pewni...

Te dwa festiwale pozwoliły mi zerknąć na dwa nieco odmienne nurty i tak skromnej koreańskiej kultury herbaty (skromnej, jeśli porównać do jej sąsiadów) - duchowy i komercyjny. To było bardzo ciekawe doświadczenie, przy okazji dużo radości, no i wspomnień. A przede wszystkim, kolejne dawki wiedzy, którą można uzyskać tylko przebywając w towarzystwie herbaciarzy i podpatrując.
Autorem zdjęć, na których mnie widać jest Robert Tomczyk, który również gościł w tym czasie u pani Pak.

sobota, 16 czerwca 2018

Korea 2018: pottery museums

During this year's visit to Korea I was able to gather more material for the blog, which is why I decided to divide it between a few articles. Today I am writing about two pottery museums I visited.

Buncheong Museum in Goheung.


 
This museum covers the buncheong pottery (long story short: a Korean type of pottery with dark clay and white or nearly-white glaze). There is also a display about local traditions and culture, as well as a meteorite once found in the area. All parts are separated, so if one only wants to focus on the pottery, it is easy to do so. 





The display is very well preapred, one can see many historic and modern examples of buncheong pottery and read a lot of useful information.

Comparison of celadon (left), buncheong (middle) and porcelain (two discs on the right).



The following photos show different kinds of glazing in buncheong pottery:











Excavations: remains of a kiln




Applying glaze




The following photos show artefacts with different kinds of glaze:







I first encountered buncheong pottery in 2017, but it was not until I visited this museum that my knowledge could become more methodized.

Korean celadon museum in Gangjin.




Until this day Korea may be proud of its celadon, which reached its pinnacle in the 10th century. Today, in teh area famous for celadon, there is a museum, which unfortunately is not as informational as Buncheong Museum. Still, one can see beautiful examples of Koryeo celadon, and nearby there are still pottery workshops producing pottery which can be bought in the adjacent shops and galleries.








Excavations: remains of a kiln
Reconstruction of a kiln
Reconstruction of a kiln



Both places were worth a visit. I could learn a lot, see a lot of beautiful pottery... and buy one or two little things at the museum shops ;)




Korea 2018: muzea ceramiki

Tegoroczna wizyta w Korei pozwoliła mi zgromadzić nieco więcej materiału na blog, dlatego też podzieliłem go na kilka wpisów. Dziś będzie o dwóch muzeach ceramiki, które odwiedziłem.

Muzeum Buncheong [bun-ciąg] w miejscowości Goheung [go-hyng].


To położone w malowniczych górach nowoczesne muzeum poświęcone jest ceramice buncheong (w bardzo dużym skrócie, to koreańska ceramika z ciemnej gliny pokryta białym lub prawie białym szkliwem), jak też miejscowej tradycji i kulturze, a także meteorytowi, który tam kiedyś odnaleziono. Wszystkie te aspekty są potraktowane osobno, dzięki czemu osoby zainteresowane ściśle ceramiką mogą skoncentrować się tylko na niej.



Temat wystawy jest bogato zilustrowany przykładami ceramiki historycznej i współczesnej. Liczne plansze pozwalają dowiedzieć się sporo o tym typie ceramiki koreańskiej, metodach produkcji i licznych odmianach.

Plansza, na której porównano celadon (z lewej), buncheong (pośrodku) i porcelanę (dwa koła z prawej).


Poniższe zdjęcia przedstawiają fragmenty planszy, na której pokazano różne rodzaje szkliwienia ceramiki buncheong:








Wykopaliska: pozostałości pieca.

Nakładanie szkliwa

Poniższe zdjęcia przedstawiają eksponaty o różnym rodzaju szkliwienia:




Ja osobiście zetknąłem się z ceramiką buncheong po raz pierwszy w roku 2017 i dopiero wizyta w tym muzeum pozwoliła mi wiele informacji sobie uporządkować i uzupełnić.

Muzeum koreańskiego celadonu w Gangjin [gang dzin].


Korea po dziś dzień może szczycić się wspaniałym celadonem, którego produkcja osiągnęła swój szczyt około X w. n.e. W zagłębiu tej ceramiki można obecnie zwiedzać muzeum jej poświęcone, które pod względem merytorycznym jest niestety nieco mniej dopracowane niż muzeum Buncheong.
Na wystawie można jednak obejrzeć wspaniałe przykłady kunsztu dawnych koreańskich mistrzów, a w położonych opodal muzeum pracowniach nadal wytwarzana jest ceramika; można ją nabyć bezpośrednio w znajdujących się tam sklepach-galeriach. Wizyta w tym muzeum miała już wymiar bardziej estetyczny niż edukacyjny, dobrze jest wiedzieć o celadonie więcej jeszcze zanim się tam zajrzy.






Wykopaliska: pozostałości pieca

Rekonstrukcja pieca

Rekonstrukcja pieca

Oba miejsca warte były wyprawy, pozwoliły mi uporządkować wiedzę, nacieszyć oczy widokiem pierwszorzędnej ceramiki... i kupić to i owo w muzealnych sklepikach ;)