Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcesoria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcesoria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2019

Wizyta u mistrzów ceramiki

Podczas tegorocznej wyprawy do Korei, tym razem jako członek załogi herbaciarni Herbaty Czas, miałem okazję odwiedzić kilku mistrzów koreańskiej ceramiki, napić się z nimi herbaty i dużo, naprawdę dużo rozmawiać o kulturze herbaty w Korei.
W dzisiejszym wpisie chciałbym Wam przedstawić, jak wygląda taka wizyta i dlaczego jest to dla mnie tak ważne doświadczenie.

Pawilon herbaciany i ceramiczny mistrza Im Man-jae

Pokój herbaciany mistrza Im Man-jae

Mistrzowie ceramiki nie mieszkają w przypadkowych miejscach, ich lokalizacja wynika z dostępności gliny, drewna, pewnego oddalenia od dużych miast: ceramicy, których poznałem zajmują się wytwarzaniem ceramiki wypalanej w piecach na drewno, jest to najwyżej ceniony rodzaj wypału, dający najbardziej kosztowne odmiany ceramiki, jednak sąsiedztwo takiego pieca może być uciążliwe.
Mieszkają wobec tego najczęściej na wsiach, żeby się do nich dostać potrzebny jest samochód (nie wiem, co byśmy zrobili bez naszej wspaniałej pani Pak, która wszędzie nas zabierała).
Każdy mistrz ceramiki ma swój warsztat, przestrzeń do parzenia herbaty w postaci dedykowanego pokoju oraz małą wystawę swoich dzieł, zarówno w miejscu parzenia herbaty, jak w osobnym pomieszczeniu, jeśli wystawa jest rozbudowana.

Mistrz Im Man-jae przygotowuje herbatę

Elegancko podane słodycze do herbaty


Pierwszą częścią wizyty jest zawsze wspólna herbata, zaparzona przez mistrza, w jego własnych naczyniach, w specjalnie do tego celu przeznaczonym pomieszczeniu pełnym jego dzieł. Takie spotkanie herbaciane do doznanie estetyczne. Mimo, iż nie jest to w żadnym wypadku ceremonia, atmosfera jest podniosła, czuć spokój, skupienie, wspomagane przez widok pięknej ceramiki, zarówno tej, z której zaraz będziemy pić herbatę, jak i tej wystawionej dokoła. Nie ma tu bałaganu, chaosu, nieporządku. Każdy element ma swoje znaczenie i miejsce, choć nie czuć pełnej napięcia dyscypliny, wręcz przeciwnie, atmosferę wypełnia serdeczność i radość ze spotkania.


Pokój herbaciany z małą wystawą ceramiki mistrza Kil Sung


Herbaty, jakie parzą mistrzowie, to herbaty koreańskie, stąd najczęściej w sezonie letnim napijemy się z nimi herbaty zielonej liściastej (Woojeon lub Sejak), zielonej sproszkowanej (mal-cha, zwana także kkaru-cha) oraz niezależnie od pory roku, mocno utlenionej, delikatnie fermentowanej Balhyo-cha, koreańskiej specjalności.
Bywa także, że na zakończenie spotkania gospodarz zaparzy herbatę ziołową.

Herbata u mistrza Sin Bong-kyun, parzona przez jego córkę...

... i część wystawy jego ceramiki





Po poczęstunku i rozmowie (najczęściej dość długiej i bardzo wartościowej) przychodzi czas na oglądanie wystawy ceramiki, w towarzystwie mistrza, dlatego o każdy przedmiot można zapytać, utrwalić dopiero co zdobytą wiedzę. No i pozachwycać się, bo naprawdę jest czym.


Galeria ceramiczno-herbaciana mistrza Shin Yong-kyun...

... i herbata zaparzona przez jego żonę


A kiedy już wypytamy o wszystko, możemy poprosić jeszcze o jedno, o pokazanie pieca do wypału ceramiki, co mistrz zrobi z przyjemnością. Taki piec znajduje się przeważnie tuż obok pomieszczenia herbacianego, ma najczęściej wielkość sporego garażu i stanowi atrakcję sam w sobie. Kilka komór, zdolnych pomieścić co najmniej jedną osobę, umieszczonych jedna za drugą. W czasie oglądania pieca mistrz jeszcze raz opowiada o tym, jak wygląda wypał, ile czasu zajmuje i ile energii i pracy pochłania. Można wtedy zrozumieć, dlaczego niektórzy decydują się nawet na tylko jeden wypał w roku. I dlaczego ich dzieła muszą kosztować tyle, ile kosztują.

Mistrz Shin Bong-kyun przygotowuje się do pokazania nam wnętrza pieca. Zdjęcie autorstwa Małgorzaty Devos

Piec mistrza Kil Sung. Zdjęcie autorstwa Małgorzaty Devos

Na koniec pozostaje serdeczne pożegnanie, ukłony (które potrafią być równie serdeczne i pełne wdzięczności co nasze uściski) i czas odjechać, próbując sobie jakoś poukładać w głowie wszystko, czego się doświadczyło przez ostatnie chwile. Byle robić to szybko, bo pani Pak już wiezie nas na spotkanie z kolejnym mistrzem...

czwartek, 3 maja 2018

Herbata porannego spokoju 2

Zeszłoroczna zielona herbata z Korei, która nie wychodzi już najlepsza, podczas porannego parzenia pokazała swoje najlepsze oblicze.



Herbata z powiatu Gurye, u podnóża góry Jiri na samym południu Półwyspu Koreańskiego, z rejonu słynnego z dobrej herbaty. Miałem już wcześniej paczkę herbaty w identycznym opakowaniu. Na tej tutaj nie było oznaczenia, jakiego rodzaju jest to herbata. Widocznie wzór opakowania jest jeden, a dopiero potem umieszcza się na nim odpowiednie naklejki mówiące, co to za herbata konkretnie.



Do zaparzenia wykorzystałem koreański zestaw podróżny. Naczynie do parzenia z przykrywką i czarka, którą nakłada się potem na naczynie, dzięki czemu całość tworzy zgrabny pakiecik i łatwo go przewozić. To oczywiście zestaw dla jednej osoby.



Chciałem dać tej herbacie szansę. To dobra herbata z Korei, szkoda by było ją tak po prostu wyrzucić, mimo, że upływ czasu ją mocno osłabił. Zazwyczaj zaparza się bez wyraźnego smaku, czasami cierpkawa. 



Poranne parzenie herbaty jest jednak inne niż w pozostałej części dnia. Umysł jest jeszcze świeży, nie kłębią się w nim myśli dotyczące codziennych obowiązków. Jeśli wstanie się odpowiednio wcześnie, jest też gwarancja, że nikt nie będzie zawracał głowy. Dzięki temu można się skupić na parzeniu herbaty, co daje bardzo dobre rezultaty.



Parametry dobrałem takie, jak zazwyczaj do herbat zielonych - woda około 70 stopni (to jednak herbata koreańska, liście nie za duże, 80 stopni mogłoby być za dużo), pierwsze parzenie minutę, drugie bardzo krótko, trzecie minutę. Herbata wyszła dobra! Miała delikatny smak, lekko roślinny, momentami orzechowy. Pojawiła się delikatna słodycz. Herbata odwdzięczyła się za poświęcenie jej maksimum uwagi.



Co ciekawe, kiedy powtórzyłem to parzenie tego samego dnia, jednak już dużo później (żeby zrobić zdjęcia), nie uzyskałem takiego efektu. Jak zazwyczaj, herbata była taka sobie.

Zestaw podróżny musi mieć swoje ubranko

piątek, 30 marca 2018

Matcha po raz pierwszy

Tytuł może być mylący, od razu więc wyjaśnię, że nie jest to pierwszy raz, kiedy spróbowałem matcha, ale pierwszy raz, kiedy o niej piszę.



Pod koniec ubiegłego lata Sayama udzielił mi wskazówek na temat przygotowania matcha w najprostszym ze sposobów i od tamtej pory ćwiczę niemal codziennie, mimo, że nie mam jeszcze wszystkich akcesoriów. Na zdjęciach widać, że wprawdzie mam już chasen (miotełkę), chashaku (nabierkę), fukusę (fioletowa chusta), i oczywiście chawan, który odkupiłem od Sayamy; jest to dzieło koreańskiego mistrza. Zamiast ściereczki chakin używam kawałka gazy przyciętego do odpowiednich rozmiarów, a z braku pojemnika natsume używam tego, w którym matcha jest sprzedawana. 

Przez długi czas nie chciałem samodzielnie zabierać się za przygotowywanie matcha, wiedząc, jak dalece wysublimowana i wyszukana to sztuka. Nie chciałem od razu popełniać błędów, ani, co gorsza, przyswoić ich sobie. Czekałem na właściwy moment i w końcu stało się tak, że Sayama podzielił się ze mną częścią swojej wiedzy.



Tak jak przypuszczałem, ćwiczenia okazały się wymagające, potrzeba do nich koncentracji i dyscypliny. Gdyby nie to, że te cechy mi odpowiadają, mogłoby być trudno.

Gdzieś tam głęboko miałem przeczucie, że przygotowanie matcha będzie miało wpływ na całe życie. Zawsze ceniłem sobie ciszę i spokój, a koncentracja i dyscyplina okazały się zbawienne również w innych dziedzinach. Anglojęzyczni mają piękne powiedzenie, jedno z moich ulubionych: "How you do one thing is how you do everything", czyli: "Jak robisz jedno, tak robisz wszystko". Dla mnie osobiście oznacza to, że przyswojenie sobie zasad przygotowania herbaty w spokoju, ciszy, z uwagą na herbacie i umysłem wysprzątanym z niepotrzebnego balastu, sprawi, że tego samego będę chciał też poza herbatą. Estetyka herbaciana stała się moją ulubioną, koniec końców doprowadzając mnie do minimalizmu, który, jak by to ująć, uratował moje zabałaganione i przeciążone życie przed katastrofą. Stało się tak wprawdzie jeszcze przed nauką parzenia matcha, przygotowanie liściastej herbaty wymaga tego samego, jednak matcha, ze swoim filozoficznym i kulturalnym zapleczem, zdaje się działać mocniej.



Najbardziej lubię przygotować matcha wczesnym rankiem, kiedy cały świat dokoła mnie śpi i wszędzie panuje cisza. Dzień rozpoczęty ćwiczeniem przygotowania herbaty w ciszy od razu układa się inaczej. Dawniej, wczesne wstawanie było trudnym do spełnienia marzeniem.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Biała herbata marki Kandy's

Podczas ostatniej wizyty na Marywilskiej, w wietnamskim sklepie spożywczym trafiłem na taką ciekawostkę: herbatę białą polskiej marki Kandy's. Na opakowaniu napisane jest, że herbata pochodzi z chińskiej prowincji Yunnan, całe opakowanie jest opisane po polsku, wynika z niego, że herbatę sprowadza, pakuje i sprzedaje polska firma (czyżby świadomość herbaty rosła?).



Postanowiłem zaparzyć tę herbatę w nieco innych warunkach, niż zazwyczaj. Urządziłem sobie chwilowe stanowisko do parzenia w kuchni, która jest najcieplejszym pomieszczeniem w mieszkaniu. Przyniosłem sobie chapan, normalnie wykorzystywany po koreańsku, czyli do odkładania przemytych naczyń, żeby doschły. Tym razem ustawiłem go na kuchennym stole, wykorzystałem czajniczek przywieziony z Korei, do którego mam wielki sentyment, ponieważ otrzymałem go od mistrza ceramiki podczas odwiedzin u niego i z racji jego wyglądu bardzo często parzę w nim chińskie herbaty. Do tego szklane morze herbaty, ostatnio używam tylko jego.



Liście są w różnym stopniu połamane - są takie bardzo drobne, są też całe pąki, duże kawałki większych liści. Herbata pod tym względem jest bardzo niejednorodna. 



Zagotowałem wodę, odczekałem chwilę, aż przestanie być za gorąca i rozgrzałem czajniczek. Liście wsypane do gorącego czajniczka pachną ładnie, nieco przypominają zapachem herbaty himalajskie. Zacząłem parzyć herbatę. Pierwsze parzenie było krótkie, dosłownie kilka sekund - są to niepozwijane liście, w dodatku niektóre z nich drobno połamane, wywnioskowałem, że herbata powinna zaparzyć się szybko, co też się stało. Przelałem herbatę do morza i podziwiałem jej kolor. Jest ładny, ciemno żółty, wpadający w bardzo delikatny brąz. Może to nawet za wiele, jak na białą herbatę. Pierwszy łyk to potwierdził, wyszła odrobinę za mocna, ale dobra. Bardzo wyraźnie czuć jej smak, naprawdę przypominający nieco herbaty himalajskie. Mimo delikatnej goryczki (wynikającej ze zbyt długiego parzenia i odrobinę zbyt wielu liści), to dobra, smaczna herbata. Przypomniała mi się biała herbata, również z Yunnanu, którą kiedyś piłem z Jolą z Herbacianego Notesu i Sayamą, kupiona przez Sayamę w osiedlowym sklepie spożywczym w Warszawie. Była innej marki, ale coś mi mówi, że pochodziła z podobnego źródła, co próbowana teraz przeze mnie Kandy's.



Herbata jest bardzo wytrzymała, zrobiłem serię krótkich parzeń, dopiero przy czwartym lub piątym trochę wydłużyłem czas parzenia. A ona nadal wychodziła dobra. W połączeniu z przystępną ceną (13zł za 50g) czyni to z niej porządną, ekonomiczną herbatę do swobodnego popijania. Minusem jednak może być fakt, że prawdopodobnie nie jest organiczna, nie pochodzi z rodzinnego, niszowego ogrodu herbacianego prowadzonego przez pasjonatów.



Liście po wszystkim prezentują się nie najgorzej - od razu rzucają się w oczy pąki i spore kawałki większych liści. Naprawdę ciekawa herbata.

Odsyłacze:

czwartek, 4 stycznia 2018

Organic Cui Yu Dong Ding Oolong 2017

W dzisiejszym parzeniu wyjątkowe było to, że właściwie każdy z jego elementów miał dla mnie duże znaczenie. Oczywiście, parzenie herbaty samo w sobie jest zawsze wyjątkowe, a przynajmniej staram się, żeby tak było, dziś jednak było coś jeszcze.



Zacznijmy od herbaty - Dong Ding Oolong był pierwszą herbatą opisaną przeze mnie na blogu! I choć ciężko będzie w to uwierzyć, od tamtej pory nie piłem często tego rodzaju oolonga... aż do niedawna, kiedy kupiłem go podczas zakupów u Wojtka z The Tea. Opisywana dzisiaj herbata, to organiczny Cui Yu Dong Ding Oolong. Jak mówił sam Wojtek, jest to klasyczny, niskooksydowany oolong, bez szału, ale przyzwoity.
Dla mnie jednak szał jest. Od kiedy pierwszy raz w życiu spróbowałem dobrego oolonga (a był to właśnie niskooksydowany Dong Ding) zakochałem się w tym śmietankowo-kwiatowym aromacie i smaku. Kiedy więc Wojtek mówił, że to taki "klasyczny, poprawny oolong" wiedziałem, że bardzo chcę go wypić. I nie zawiodłem się, herbata smakuje dokładnie tym, za co pokochałem tę grupę herbat, aromat jest bardzo wyraźny, przyjemny. 



Liście pozwijane są w zgrabne grudki, dość duże (zauważyłem jakiś czas temu, że bywają oolongi pozwijane w bardzo drobne grudki i zazwyczaj okazują się wtedy niskiej jakości). Kolor mają zielono-szmaragdowy, ta wersja herbaty nie jest podprażana (ewentualnie jest, ale bardzo delikatnie).

Porcję herbaty przesypałem do drewnianej łódeczki autorstwa Krzysztofa, który wytwarza drewniane akcesoria herbaciane. Należy do przesympatycznej grupy kieleckich herbaciarzy, której cechą szczególną jest bardzo niska średnia wieku (to prawdopodobnie w tej grupie znajduje się najmłodszy polski herbaciarz, choć jeszcze akurat jego nie miałem okazji poznać). O Krzysztofie będzie jeszcze za chwilę, bo łódeczka to nie jedyne cudo jego autorstwa. O ile dobrze pamiętam, jest wykonana z jesionu, z miejscowego drewna. Podoba mi się taki naturalny, lokalny akcent. Wiele osób utyskuje, że w Polsce kultura herbaty nie stoi na wysokim poziomie, a może właśnie dzięki takim ludziom jak herbaciarze, którzy są artystami-rzemieślnikami uda się ją podnieść na wyższy poziom. Łódeczka ma piękne, naturalne, nieregularne kształty, nie pachnie, dzięki czemu można bez przeszkód podziwiać aromat liści herbaty. Jest jedna rzecz, która sprawia, że jest mi wyjątkowo bliska - dostałem ją od Krzysztofa w prezencie urodzinowym.



Dzisiejsze chaxi to jednak nie tylko ta łódeczka. O gaiwanie autorstwa Andrzeja Bero już pisałem. Stali czytelnicy powinni też już poznawać obrusik przywieziony z Korei. Nowością są: szklane morze herbaty i czarka. Morze znalazłem kilka dni temu podczas zakupów "u Wietnamczyków" czyli na Marywilskiej (w Warszawie). Kupiłem też oczywiście trochę herbat, które czekają na swoją kolej. Gdy okazało się, że do odjazdu autobusu mam jeszcze kwadrans, przeszedłem się niespiesznie pomiędzy sklepikami i trafiłem na sklep z artykułami domowymi, gdzie w rogu, zakurzone i niechciane leżało najprawdziwsze szklane morze herbaty, jak z tych wszystkich super-hiper HD i w ogóle filmików na youtubie. Nie mam pojęcia, czy sprzedawca miał świadomość, że to jest prawdziwe morze herbaty (obstawiam, że nie, tym bardziej, że urodę miał bliskowschodnią, a nie wiem, jak u nich ze znajomością gong fu cha). Zapytałem o cenę, sprzedawca przechylił głowę, jego oczy mówiły: "u mnie było coś takiego?" i odpowiedział, że osiem złotych. 
Napar każdej herbaty prezentuje się niesamowicie w takim naczyniu.




A teraz czarka: też łączy się z nią sentyment, bo to także jest prezent urodzinowy. Tym razem od Jakuba, z tej samej kieleckiej grupy, który od pewnego czasu doskonali swoje umiejętności ceramika. Czarka jest dość duża (w sam raz na porządne jednoosobowe herbatowanie), będzie idealna na lato. Jest jasna, więc zielone herbaty będą się w niej ładnie prezentować, niska, ale szeroka, dzięki czemu napar zdąży odrobinę przestygnąć przed wypiciem. W pakiecie prezentowym był jeszcze hohin, ale jest za duży na dzisiejsze parzenie. Pewnie wystąpi przy innej okazji.




No i stolik. Tak, ten stolik, to jest coś. Od czasu wizyty w Korei chorowałem na taki naturalny, drewniany stolik o surowej, nieco chropowatej estetyce. Tam chyba wszyscy herbaciarze takie mają i po prostu musiałem mieć i ja. Ale nie mam pojęcia jak się pracuje z drewnem (bo naprawdę myślałem o tym, żeby samemu sobie zrobić). Na szczęście latem minionego roku na spotkaniu herbacianym zmówiłem się z Krzysztofem, który obiecał taki stolik dla mnie zrobić. I zrobił, czego efekt widać na zdjęciu. Ja osobiście jestem zachwycony.




Wróćmy do herbaty. Zagotowałem sobie wodę, przygotowałem chaxi, przesypałem porcję herbaty na łódeczkę. W tym czasie woda się uspokoiła i odrobinę przestygła, akurat na zielonego oolonga. Przekonałem się do sposobu parzenia, jaki sugerowała Ania Włodarczyk na swoich warsztatach - zamiast króciutkiego budzenia herbaty, które się zazwyczaj wylewa, łączy się budzenie z pierwszym parzeniem, trwa ono wtedy tak w przybliżeniu do minuty. Dobrze się to sprawdza ze skręconymi oolongami, które dzięki temu mają szansę nieco nasiąknąć wodą. Wlewam nieco wody do gaiwana, aby go rozgrzać, przelewam ją do morza, wrzucam liście do rozgrzanego gaiwana i zalewam wodą z czajnika. W czasie, kiedy herbata parzy się po raz pierwszy, przelewam wodę z morza do czarki, spokojnie rozgrzewam czarkę i niespiesznie wylewam wodę do naczynia na zlewki. Po tym czasie przelewam napar z gaiwana do morza i okazuje się, że jest wyśmienity. Czyli sposób działa. Okazało się też, że napar przelany z gaiwana mieści się idealnie w czarce, w takim razie do kolejnych parzeń morze herbaty nie będzie mi już potrzebne. A było tych parzeń wiele, bo to wydajna herbata.



Herbata jest pyszna, aromatyczna, wspaniale wypełnia usta smakiem. Piję ją powoli i zapominam o całym świecie.

Garść odnośników:
do sklepu thetea.pl
Jakub prowadzi na Facebooku profil Jakubtpottery
Krzysztof prowadzi profil Tea woodworks

niedziela, 19 listopada 2017

Tie Guan Yin z Muzha, nowy gaiwan i pojemnik na herbatę

Niedawno miałem okazję zaparzyć w domu Tie Guan Yin z Muzha. Muzha, to obecnie dzielnica stolicy Tajwanu, Tajpej, a pochodząca stamtąd wersja Tie Guan Yin, którą dziś opisuję była mocno podprażana (idealna na coraz zimniejsze dni). Spotkania z tą herbatą były bardzo ciekawe i wiele mnie nauczyły. Zaparzała się mocniej i szybciej niż się tego z początku spodziewałem, przez co parzyłem ją uważnie i w skupieniu. Musiałem dostosować ilość liści do charakteru herbaty tak, żeby uzyskać napar o wyważonym smaku. Było to dla mnie dobre, ponieważ parzenie herbaty po pewnym czasie może nabrać cechy czynności wykonywanej automatycznie, a wcale mi na tym nie zależy.

Dodatkowo, w okresie, kiedy miałem tę herbatę u siebie, przeczytałem gdzieś (prawdopodobnie na blogu Teamasters), refleksję mówiącą, że prawdziwą ideą przyświecającą gong fu cha nie jest wcale parzenie dużej ilości liści przez krótki czas, lecz harmonijne wyważenie wszystkich elementów parzenia i skupienie na herbacie.



Tie Guan Yin z Muzha postanowiłem od samego początku parzyć w gaiwanie. Była to dla mnie raczej nowa herbata, nie miałem wcześniej z nią zbyt często do czynienia, a już na pewno nie parzyłem jej nigdy sam w domu. Gaiwan, mimo tego, co się może wydawać osobom, które nie używały go wcześniej, jest jednym z najlepszych naczyń do parzenia herbaty, zwłaszcza takie, której jeszcze się dobrze nie poznało - pozwala na kontrolowanie procesu parzenia dzięki temu, że można bardzo łatwo zerkać do wnętrza i podglądać, czy herbata jest już wystarczająco mocno zaparzona.



Wybrałem mój najnowszy nabytek, gaiwan od Andrzeja Bero, który kupiłem ze względu na to, że mi się po prostu podobał, jak i na efekt, jaki miał się na nim pojawić. Już po pierwszych kilku zaparzeniach pęknięcia szkliwa zabarwiły się od herbaty i powierzchnia naczynia, tak wewnątrz, jak i na zewnątrz pokryła się niesamowitą siatką ciemnych żyłek. Widywałem wcześniej naczynia z taką dekoracją jedynie w internecie i niezmiennie mnie zachwycały. Co ciekawe, pokrywka pozostaje nienaruszona. Andrzej Bero sugerował, żaby moczyć ją w herbacie dla uzyskania tego samego efektu, ale mnie ten kontrast się podoba, tym bardziej, że podstawka również nie ma widocznej siatki spękań i powstaje swoisty wzór: gładka podstawka, na niej główna część gaiwana ze spękaniami przykryta znowu gładką pokrywką.



Gaiwan idealnie prezentuje się z czarką od Anety Zatyki, którą mam już od dłuższego czasu. Można by pomyśleć, że pochodzą z jednego zestawu, a tak naprawdę to dzieła dwóch ceramików. Morzem herbaty jest tutaj sugu z mojego pierwszego koreańskiego zestawu. Dopełnieniem jest naczynie na herbatę, też kupione u Andrzeja Bero w czasie poznańskiego festiwalu herbaty "Zaparzaj!". Takie pojemniki na herbatę w Korei nazywane są chaho [cia-ho] lub daho [ta-ho] (po chińsku będzie ty chyba chahu, po japońsku chako, tak myślę). Od dawna chciałem taki mieć, a ten konkretny jeszcze w dodatku przypomina wyglądem tradycyjne koreańskie onggi, czyli dzban do kiszonek (przy czym prawdziwe onggi są dużo większe).




Jak widać, zwiniętych w kuleczki liści herbaty nie wsypałem dużo. Taka ilość w zupełności wystarczy do przyrządzenia naparu, który dla mnie ma smak wystarczająco intensywny. Ta herbata zaparza się bardzo szybko (mimo liści zwiniętych w kulki). W zapachu liści wsypanych do wygrzanego gaiwana wyraźnie wyczuwalne jest prażenie i tak też jest z samym naparem. Gdy piłem tę herbatę czułem, że jest to oolong, ale smak prażenia był chyba na pierwszym miejscu. Napar ma kolor miodowy, pozostaje taki przez wszystkie parzenia (w końcowych często jest bledszy niż na początku, ale to naturalne).



 Nie będę pisać o ilości liści, temperaturze wody, czy czasie parzenia, bo już dawno przestałem takie dane rejestrować, czy w ogóle zwracać na nie większą uwagę. Kiedy przygotowuję wodę na herbatę, pozwalam jej tylko nieco ostygnąć (jeśli mam parzyć oolongi), zanim przeleję ją do termosu. Ilość liści i czas poszczególnych parzeń, to już kwestia wybitnie indywidualna i według mnie powinna wynikać z dokładnej obserwacji herbaty i jej zachowania. Wtedy herbatę parzy się z uwagą i skupieniem, czas przeznaczony na parzenie poświęcając tylko i wyłącznie obcowaniu z herbatą i jej duchem.



Jeszcze jedna mała uwaga: ja słowo "gaiwan" wymawiam jak najbliżej chińskiego oryginału, czyli "gaiłan".

piątek, 17 lutego 2017

Da Hong Pao

Da Hong Pao, czyli "Wielka purpurowa szata", to jeden z najbardziej znanych oolongów, określany czasem mianem najdroższej herbaty świata. Odnosi się to oczywiście do liści pozyskiwanych z kilku starych krzewów rosnących w górach Wuyi. Ale ponieważ zapotrzebowanie na dobrą herbatę jest duże, obecnie produkuje się ten rodzaj oolonga z innych okolicznych krzewów, mniej lub bardziej spokrewnionych z tymi kilkoma oryginalnymi. Legend o pochodzeniu nazwy słyszałem co najmniej kilka, nie będę może ich tu przytaczać, bo zostały już opisane na pewno w wielu innych miejscach, a dodatkowo nie przepadam za legendami, tak już mam. W każdym razie wspólny mianownik tych, które znam mówi o tym, że ktoś był tym krzewom wdzięczny za herbatę i podarował im purpurową szatę. Na pewno się ucieszyły.

Moją wersję kupiłem w The Tea pod nazwą 2015 Zhengyan Da Hong Pao from Buddha Country Cliff, był to nieplanowany zakup, na zasadzie "a co tam jeszcze masz?", okazał się za to zakupem bardzo dobrym. Miałem już wcześniej okazję spróbować Da Hong Pao z innego źródła, nie była jednak tak dobra. Ale do rzeczy:



Użyłem czajniczka autorstwa Andrzeja Bero, który u mnie służy głównie do mocniej oksydowanych herbat chińskich (jest w środku szkliwiony, co pozwala na stosowanie go do wielu różnych herbat). Przy okazji postanowiłem nie korzystać z czapana, na którym parzę na co dzień, ale skomponować sobie Chaxi, żeby nadać tak szlachetnej herbacie właściwą oprawę. Wykorzystałem materiał, który wcześniej często służył mi jako ręczniczek do herbaty, dzięki czemu powstały na nim ciekawe wzory po herbacianych plamach (pewnie na zdjęciu nie będzie widać). Pod czajniczek postawiłem talerzyk-podstawkę, a jako morza herbaty użyłem sugu z małego koreańskiego zestawu, nie mam jeszcze morza do tego czajniczka.



Do zaparzenia użyłem całej bambusowej łódeczki. Dociekliwym muszę niestety powiedzieć, że nie wiem, ile herbaty się na niej mieści. Mogę co najwyżej powiedzieć, wzorem mojej nauczycielki, pani Pak, że herbaty mieści się "o, tyle" :D Woda miała temperaturę pewnie około 90-93 stopni gdy wlewałem ją do termosu.



Budzenie herbaty, czyli pierwsze kilkusekundowe parzenie, wyszło na tyle intensywne w kolorze, bursztynowe, że trafiło do konsumpcji zamiast to naczynia na zlewki. Było bardzo smaczne. Pojawiły się w nim te charakterystyczne cechy wysoko oksydowanych oolongów, a w szczególności właśnie te cechy, które charakteryzują Da Hong Pao, smak prażenia, skórki od chleba, i tyle jeszcze innych rzeczy, których nie potrafię nazwać. I wszędzie unosił się wspaniały zapach. Z uwagi na moc budzenia, kolejne parzenia również były krótkie, począwszy od kilkusekundowych. I wtedy się zaczęło! Pierwsze parzenie, dłuższe o jakieś trzy, cztery sekundy od budzenia, dało napar o bardzo intensywnym, wspaniałym, głębokim smaku, to co odczuwalne było wyraźnie w budzeniu, tutaj pokazało się w pełnej formie. Ale nie chodzi mi o to, że herbata wyszła jakoś specjalnie za mocna, nie, przeciwnie, była idealna. Pełnia smaku utrzymywała się jeszcze przez trzy lub cztery parzenia (przyznam szczerze, że nawet ich nie liczyłem), aż zabrakło wody w termosie.



Jeśli miałbym porównać tę wersję Da Hong Pao z tym, czego próbowałem dawniej, to tamta dawna wersja była płaska, bez wyrazu i uboga w porównaniu z Da Hong Pao kupionym w The Tea.
I nie podzielę się nawet z nikim, bo wypiłem już wszystko. Chciałem sobie kupić jeszcze, ale w sklepie na razie nie ma, pozostaje czekać na świeżą dostawę.