środa, 6 kwietnia 2016

Wonder Tea z Nepalu *Wonder Tea from Nepal

Zima dobiegła końca, ale ja nadal czuję, że jeszcze za wcześnie na regularne picie zielonej herbaty. Na szczęście trafiła mi się herbata, która ogrzewając mnie, pomogła mi w spokoju obserwować zmianę pór roku. 

*Winter is over but I still feel it is too early to drink green tea regularly. Luckily, I found tea which has kept me warm and helped me watch the change of seasons quietly.



































Jakiś czas temu, gdy wraz z innymi herbaciarzami kupowałem herbatę na targu ze zdrową żywnością, natknąłem się na stoisko Čajografii, dystrybutora herbaty, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Mili państwo dali nam do powąchania próbki swoich herbat i wybór był naprawdę trudny, ale ponieważ moglem sobie pozwolić tylko na jedno opakowanie herbaty, zdecydowałem się na Wonder Tea z Nepalu.

Wonder Tea pochodzi z plantacji Nawa Arya Tara i jest herbatą z letniego zbioru. Widać w niej wiele jasnych tipsów, najmłodszych pąków liściowych pokrytych delikatnym meszkiem. Liście są ciemne, luźno zwinięte.

Herbata z Nepalu jest blisko spokrewniona z herbatami Darjeeling, dlatego warto ją parzyć nieco ostudzoną wodą. Ja używam wody o temperaturze 85-90 stopni. Pierwsze parzenie trwa u mnie 3 minuty, próbowałem też krótszych, ale 3 minuty dają w moim odczuciu lepsze rezultaty. Podobnie było też w przypadku innych herbat z Nepalu, jakie miałem okazję pić.

*The other day while I was buying tea on a slow food market together with other tea enthusiasts, I came across Čajografia, a tea seller which I had never heard of before. The nice couple let us try the fragnance of different tea samples and it was a tough choice. Because I could only afford to buy one package of tea I decided to have Wonder Tea from Nepal.

Wonder Tea comes from Nawa Arya Tara tea garden and was harvested in summer. You can see many fair tips, the youngest leave buds covered with hairs. The leaves are dark, slightly curled.

Tea from Nepal is related to Darjeeling Tea so it is good to allow the water to cool down a bit before steeping. I use water at 85-90 degrees Celsius. The first steeping takes 3 minutes, I have tried shorter steepings but I feel 3 minutes ensure the best results. The same was with other Nepali teas I have tried before.


Liście już w opakowaniu pachną pięknie, słodko, jakby egzotycznym drewnem. Po przesypaniu do ogrzanego czajniczka ich zapach jest jeszcze intensywniejszy.

Napar jest jasny, klarowny, złoto-bursztynowy i pięknie pachnie. A smak? Rewelacyjny, jednocześnie wyraźny i niebywale delikatny, to zaskakujące połączenie. Byłem nim urzeczony. Już pierwszy łyk sprawia, że można zapomnieć o całym świecie, odkłada się na bok wszystko inne i zatapia w ciszy. To idealna herbata na poranne herbaciane medytacje.

*The leaves give a tremendous smell when still in the package, it is sweet, reminds me of exotic wood. After being put into a warmed up tea pot, their smell is even stronger.

The infusion has a clear, fair colour, it is golden-amber and smells wonderful. And the taste? Brilliant, distinct and delicate at the same time, a surprising combination. I was fascinated. The very first sip makes you forget the whole world, put aside everything else and fall into silence. It is a perfect tea for morning tea meditation.



Kolejny raz trafiłem na wyśmienitą herbatę z Nepalu, do której na pewno będę wracać.

*Once again I tried excellent tea from Nepal and I will definitely buy it again.



niedziela, 20 marca 2016

Miało być zwyczajnie, czyli Darjeeling Organic Selim Hill SFTGFOP1 2015

Moja przygoda z tą herbatą zaczęła się w lutym tego roku. Było zimno i ponuro, a ja miałem pełną świadomość, że zapasy rozgrzewającej herbaty kiedyś mi się skończą. Pomyślałem, że kupię sobie coś bezpiecznego i znanego, dlatego zdecydowałem się na Darjeeling. Od czasu Margaret's Hope mam do tej herbaty sentyment.

Zachęcony jakością gruzińskiej herbaty od pana Ramiza wybrałem Darjeeling oferowany przez sklep thetea.pl, złożyłem zamówienie, wylogowałem się z konta i poszedłem otworzyć drzwi listonoszowi, który przyniósł zamówioną herbatę. No dobrze, przesadziłem, ale sklep thetea.pl działa naprawdę błyskawicznie i przesyłka była u mnie już następnego dnia.

No i wtedy się zaczęło.
Wziąłem się za zaparzanie nowej herbaty gorącą wodą (95 stopni) przez dwie minuty, czyli tak, jak postąpiłbym odruchowo z każdą czerwoną herbatą. Efekt - napar był obezwładniająco cierpki i gorzki. A miało być tak zwyczajnie - ciepła herbata, gdy za oknem brzydko i takie tam. Westchnąłem i zabrałem się do pracy, bo przecież trzeba było znaleźć dla tej herbaty najlepszy sposób zaparzania.
Pierwsze, co zrobiłem, to przyjrzałem się liściom. Są dość zielone, bardziej niż u niektórych innych herbat tego typu, warto by zatem obniżyć temperaturę wody. Liście są też drobno pocięte, co sprawia, że herbata szybciej się zaparza (i pewnie stąd ta gorycz). Przydałoby się w takim razie krótsze parzenie. Zapach herbaty w opakowaniu jest przyjemny, wyczuwalny, ale zawiera w sobie pewną pikantną nutę. Po wsypaniu do ogrzanego czajnika liście pachną przyjemnie, dokładnie tak jak można się tego spodziewać po herbacie Darjeeling.



W trakcie eksperymentów zwróciłem uwagę na silne indywidualne cechy tej herbaty - wyczuwalna pikantność, a jednocześnie delikatność, bo ten konkretny Darjeeling daje jasny, żółto-złoty napar o smaku subtelniejszym niż na przykład Margaret's Hope. 



W końcu mi się udało i znalazłem parametry, które pozwalają mi cieszyć się smakiem i jednocześnie uniknąć goryczy. Parzę tę herbatę wodą o temperaturze 90 stopni (a czasem nawet mniej) przez minutę, w ilości suszu jak dla mnie typowej, czyli łyżeczka na czarkę/filiżankę.
Podzieliłem się też tą herbatą z Łukaszem prowadzącym blog Herbaciane Szlaki (on napisał o niej wczoraj) i spróbowałem ją zaparzyć zgodnie z jego sugestiami: przez 2 minuty, przy o połowę mniejszej ilości liści. Rezultat jest przyjemny, choć po wypiciu utrzymuje się w gardle uczucie ściągnięcia, za którym jednak nie przepadam i chyba pozostanę przy wypracowanym przeze mnie sposobie parzenia.

Dała mi lekcję ta herbata, ale pewnie wyjdzie mi to na dobre.



niedziela, 13 marca 2016

Herbata z Nepalu, Hand Rolled Floral SF 2015

Zima, choćby nawet tak łagodna, jak w tym roku, rządzi się swoimi prawami. Oddziałuje na nas, czy nam się to podoba, czy nie. Odruchowo sięgamy po wszystko, co kojarzy nam się z ciepłem i przytulnością.

Herbatą, którą w ostatnich dniach piłem nagminnie była herbata z Nepalu kupiona od Agaty z onecupoftea.pl.
Agatę poznałem na styczniowym spotkaniu herbacianym, zaciekawiła mnie jej opowieść o podróży do Nepalu. Na plantacji pana Andrew, skąd pochodzą oferowane przez nią herbaty, nawet sama próbowała zmierzyć się z procesem produkcji.
Na wspomnianym spotkaniu smakowaliśmy inna herbatę z tego samego miejsca, Gold Buds, i tak mnie ona zachwyciła, ze musiałem tego dnia kupić coś od Agaty.

Hand Rolled Floral jest herbatą czerwoną (czyli na Zachodzie czarną), idealną zatem na smętne zimowe wieczory. Jako herbata nepalska jest blisko spokrewniona z herbatami Darjeeling, co w moich oczach dodatkowo działa na jej korzyść. Jeśli już trzymać się tej rodzinnej nomenklatury, to określiłbym ją jako skromniejszą siostrę Gold Buds, co jednak wcale nie ma zabrzmieć negatywnie.

Liście są  w miarę całe, mocno utlenione, mają kolor w różnych odcieniach brązu. Zapach nie jest intensywny, przynajmniej w moim odczuciu. Po przesypaniu do ogrzanego czajniczka liście zaczynają pachnieć wyraźniej, zapach wydaje się ciepły, przytulny, przywodzi na myśl jakieś drzewne nuty.




Napar ma bursztynowo-brązowy kolor, a podczas przelewania go z czajniczka do morza herbaty (w tym wypadku do koreańskiego sugu) czuć przyjemny aromat.


Smak trudno mi jednoznacznie określić, w tej herbacie prawie nie wyczuwam tego charakterystycznego smaku herbat Darjeeling, ale to w niczym mi nie przeszkadza, bo ta herbata jest i tak pyszna. Jej smak jest ciepły, miły, nie ma w nim wytrawności niektórych innych czerwonych herbat. Pomimo, że smaku nie określiłbym jako słodkiego, to picie tej herbaty mógłbym porównać do jedzenia biszkoptów.

Zapas herbaty kupiony u Agaty w styczniu wypiłem już cały, dlatego czekam na tegoroczne zbiory, bo Hand Roller Floral, to herbata, do której chciałbym wracać.



































Parzenie:
temperatura wody: jak do herbat czerwonych (ok. 95 stopni)
czas parzenia: I 2 min, później różnie, w zależności od nastroju (jak na mój gust, maksymalnie 3 parzenia)
ilość liści: łyżeczka na filiżankę/czarkę

czwartek, 18 lutego 2016

Co mi dają herbaciane spotkania

W powszechnej opinii herbaciarze, to ludzie z reguły spokojni, cisi i stroniący od tłumu. Coś w rodzaju osoby noszącej sweterki w fasonie dla seniorów, staroświeckie okulary i ciepłą bieliznę, bo ciepła bielizna to podstawa. To jednak obraz tyleż błędny, co krzywdzący, bo herbaciarze znają się na modzie (co nie znaczy, że koniecznie się nią zachwycają) i lubią sobie poimprezować... na swój specyficzny sposób.



Mogę się założyć, że jeśli by zorganizować sondę uliczną i pytać ludzi o spotkania herbaciane, to większość ankietowanych umieściła by je na skali ekscytacji gdzieś pomiędzy imieninami babci a szkolnym apelem. Ale to, że nikt głośno nie śpiewa i nie tłuką się butelki, nie znaczy wcale, że jest nudno.



Do tej pory miałem okazję uczestniczyć w kilku spotkaniach z innymi pasjonatami herbaty, choć z początku wydawało mi się, że przez długi czas będę się herbatą zajmować samemu. Za każdym razem takie wydarzenie było dla mnie sporym przeżyciem i powodem do radości, co bez trudu zrozumie każdy hobbysta, któremu udało się poznać współwyznawców. Okazało się, że warszawskich herbaciarzy jest niemało i, co najważniejsze, bardzo im zależy na dzieleniu się wiedzą i doświadczeniem, a także na wspólnym kosztowaniu ulubionego napoju.



Co mi dają takie spotkania? Możliwość poznania się na żywo to chyba pierwsza korzyść, jaka każdemu przyjdzie do głowy. Miło jest wiedzieć, że są jeszcze inni, którzy rozumieją i dzielą ze mną zainteresowania. Z wieloma tymi osobami utrzymuję wprawdzie kontakt wirtualny, ale przewagi prawdziwych spotkań nad światem internetu chyba nie muszę nikomu tłumaczyć.



Kolejna korzyść, zwłaszcza w moim przypadku, wynika z tego, że przytłaczająca większość znanych mi miłośników herbaty ma dużo większą wiedzę i doświadczenie niż ja. Już samo przebywanie w ich towarzystwie sprawia, że uczę się nowych rzeczy, a mimowolna obserwacja ich podejścia do herbaty pomaga mi rozwinąć podobne cechy. Sposoby parzenia herbaty, umiejętność sprawdzenia jej jakości, czy wykorzystanie pięknej ceramiki - można o tym czytać i czytać, ale dopiero widok eksperta w akcji daje pełniejsze pojęcie o tym wszystkim. Wreszcie możliwość spróbowania herbaty, którą uczestnicy chcą podzielić się z innymi sprawia, że poznaję kolejne jej rodzaje w tempie, o jakim dawniej mogłem pomarzyć.



Koniecznie muszę też wspomnieć o czymś bardziej metafizycznym - o Duchu Herbaty. Można próbować osiągnąć ten stan samodzielnie w domu, jeśli akurat nikt nie przeszkadza, sąsiad nie robi remontu, a nieświadomi niczego znajomi zgodzili się przyjść z wizytą. Ale o ileż łatwiej poczuć obecność Ducha Herbaty z ludźmi, którzy nie są przywiązani do krzeseł i to, że herbata im smakuje mówią szczerze, a nie ze strachu.




Autorem zdjęć jest Spuchlikowo

wtorek, 2 lutego 2016

Herbata i jej kolory

Każdy, kto zaczyna zajmować się herbatą prędzej, czy później zetknie się z problemem mnogości nazw, oznaczeń i rodzajów. Rzeczywiście, odmian herbaty jest wiele, ponoć nawet sami Chińczycy nie znają wszystkich, a co dopiero mówić o nas, Europejczykach. Sytuację jednak dodatkowo i niepotrzebnie komplikuje fakt, że wielu dystrybutorów i sprzedawców herbaty zupełnie swobodnie podchodzi do kwestii nomenklatury, niejednokrotnie przeprowadzając nienaturalne podziały lub umieszczając różne od siebie herbaty w jednej kategorii.
Ten wpis będzie o rzeczy bardzo podstawowej - o kolorach herbaty i ich znaczeniu.

Zanim przejdę do opisania kolorów herbaty, chciałbym wyjaśnić dwie kwestie, z którymi bywają problemy:
Herbata, to napar z liści krzewu (drzewa) herbacianego Camellia sinensis. Herbatki ziołowe (mięta, melisa, rumianek itp.), Rooibos, to napary z zupełnie innych roślin.
Wszystkie rodzaje herbaty właściwej (naparu z liści Camellia sinensis), czyli zielona, czarna itp. to napary z liści tej samej rośliny. 

Najdłużej do czynienia z herbatą mają Chińczycy, ojczyzna sztuki i kultury herbaty, a co za tym idzie, dysponują oni dopracowanym systemem klasyfikacji i oznaczeń herbaty. Uważam, że nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, najłatwiej i najrozsądniej jest stosować oznaczenia chińskie, zamiast wymyślać je na nowo.
Oto, jak herbaty klasyfikuje się w Państwie Środka:

  • herbata zielona
Herbata o liściach nieutlenianych. Tuż po zerwaniu liście poddawane są obróbce wysoką temperaturą, dzięki czemu zatrzymane zostaje działanie enzymów odpowiedzialnych za utlenianie. Liście przez to zachowują zielony kolor. Przygotowanie takiej herbaty wymaga użycia nieco przestudzonej wody.

herbata zielona z Korei


napar z japońskiej herbaty zielonej Shincha


  • herbata biała
Liściom tej herbaty pozwala się zwiędnąć, dzięki czemu dochodzi do ich delikatnego utlenienia, stają się one ciemniejsze. Nie stosuje się tutaj procesów związanych z wysoką temperaturą hamującą działanie enzymów. Zwiędnięte liście suszy się nie nadając im nowego kształtu. Ta herbata wymaga odrobinę przestudzonej lub gorącej wody, ale nie wrzątku.

  • herbata żółta
Dość rzadko spotykany u nas rodzaj herbaty. Jej liście zostają poddane delikatnej fermentacji, dzięki czemu uzyskują kolor bardziej zbliżony do żółtego. Wymaga zaparzania gorącą wodą.

  • herbata oolong
Herbaty typu oolong to właściwie wszechświat sam w sobie. Chińczycy przypisali im kolor turkusowy. Są delikatnie utleniane, w zakresie od 15% do 80%, stąd ogromna rozmaitość odmian tego jednego rodzaju herbaty. Lekko utlenianym oolongom bliżej jest do herbaty zielonej, z kolei tym mocniej utlenianym bliżej do herbaty czerwonej. Wymagają gorącej wody, ale niekoniecznie wrzątku.

herbata oolong, tutaj liście uformowano w kulki


  • herbata czerwona
To ta, którą na Zachodzie określa się jako czarną i która króluje w polskich filiżankach i kubkach, ponieważ wypija się jej u nas ogromne ilości, niestety jej jakość zazwyczaj pozostawia wiele do życzenia. Liście tej herbaty poddaje się niemal całkowitemu utlenianiu, stąd ich ciemny kolor. Wymaga zaparzania świeżo zagotowaną wodą.

herbata czerwona Darjeeling


herbata czerwona z Gruzji

  • herbata pu-erh
Dla Chińczyków jest herbatą czarną i to o niej można powiedzieć, że jest herbatą fermentowaną, określa się ją także jako herbatę dojrzewającą. Daje najciemniejszy ze wszystkich herbat napar i ma specyficzny smak, który nie wszystkim odpowiada. Zaparza się ją świeżo zagotowaną wodą.

Warto też pamiętać, że wymienione wyżej procesy utleniania (oksydacji) i fermentacji, to nie to samo. Często usłyszeć można, jak o herbacie zielonej mówi się, że jest "niefermentowana", podczas gdy czerwona jest "fermentowana", gdy tak naprawdę chodzi tutaj o utlenianie (lub jego brak).
Kupując herbatę warto przyjrzeć się, jaki kolor został jej przypisany i sprawdzić, choćby z ciekawości, czy słusznie :)

Życzę smacznej herbaty!

Wpis powstał w ramach akcji BLOGowacje, której pomysłodawczyniami sią Barbara K. - autorka blogu Cornusowo oraz Monika Szostek - autorka blogu i serii książek o Qwertym Seymorze. Przedsięwzięcie ma na celu rekomendowanie wartościowych blogów i tego, co dobre poprzez publikowanie na swojej stronie artykułów wybranych twórców, a tym samym tworzenie sieci interakcji pomiędzy blogerami.


sobota, 16 stycznia 2016

Herbata czerwona Ramiz Black Tea

Od razu spieszę wyjaśnić, że do tytułu wcale nie wkradł się żaden błąd i powinien on wyglądać dokładnie tak, jak wygląda. Z nazewnictwem typów herbat, a dokładniej z przypisanymi im kolorami bywa u nas różnie i często dochodzi na tym polu do nieporozumień, dlatego też zdecydowałem się stosować konsekwentnie nazewnictwo chińskie, sugerując się tym, że oni z herbatą mają prawdopodobnie do czynienia najdłużej. To, co dla przeciętnego mieszkańca Zachodu jest herbatą czarną, w Chnach określane jest jako hong cha (紅茶), czyli herbata czerwona.

Z nastaniem zimy moja uwaga skierowała się właśnie w stronę herbat czerwonych, którym tradycyjna chińska medycyna przypisuje właściwości rozgrzewające. Słyszałem już także pozytywne opinie o sklepie thetea.pl i postanowiłem go sprawdzić, wiedząc, że znajdę tam herbaty, których szukam. Tak się składa, że pan Wojtek z The Tea jest regularnie obecny ze swoimi herbatami na czymś w rodzaju targu regionalnego w starym forcie i tam właśnie udało mi się go znaleźć. Było to w połowie grudnia, mocno już po południu, wobec czego piecyk na stoisku już wygasł i nie było jak spróbować herbat, których wybór też był już nienajwiększy. Byłem jednak zdecydowany zaufać i kupiłem paczkę Ramiz Black Tea. Od razu zdradzę, że było warto. Od czasu zakupu piję ją regularnie i ani razu się nie zawiodłem.




































Susz składa się z całych pojedynczych liści o jednolitym ciemnym zabarwieniu, mniejszych i większych, pewnie więc to któryś z późniejszych zbiorów. 
Parzę tę herbatę przeważnie w proporcjach 1 łyżeczka na filiżankę, wodą jak do herbat czerwonych, czyli około 95 stopni. Pierwsze parzenie trwa u mnie zazwyczaj około 2 minut.


Napar ma nasycony, bursztynowo-brązowy kolor wpadający w czerwień. Smakuje bardzo dobrze, ma w sobie zalety herbat czerwonych, smak jest głęboki, lekko wytrawny. Nie ma w nim natomiast tego, co nas odrzuca w torebkach od korporacji - nie przeparza się. Nie ma tam goryczy, ani nadmiernej cierpkości.

Z ciekawości przetrzymałem kiedyś pierwsze parzenie do 3 minut i herbata wyszła po prostu mocniejsza, ale nie zrobiła się za mocna. Jej smak tak bardzo mi odpowiada, że parzę ją, dopóki mi wody w termosie starcza, czyli przeciętnie 5 - 6 razy, mimo że kolejne parzenia są oczywiście odpowiednio słabsze.

Pijąc ją myślę o tym, że to herbata, nad której wzrostem czuwał prawdziwy człowiek, a nie korporacja. Pan Ramiz, o ile dobrze pamiętam, produkuje rocznie około 18 kg herbaty, nawet nie próbuję tego porównywać z poziomem produkcji światowych potentatów. Czuję wyraźnie, że moja droga herbaty kieruje się w stronę tych małych prywatnych plantacji, gdzie jakość odgrywa ważniejsza rolę niż ilość. Trudno się oczywiście spodziewać, że każdy rodzaj herbaty będzie produkowany na małych plantacjach i zapewne utrudnia to zapoznanie się z nimi wszystkimi, ale zaczynam powątpiewać, czy droga herbaty powinna wyglądać jak bezduszne odhaczanie kolejnych wypitych okazów. Za bardzo przywodzi mi to na myśl "zaliczanie", w każdym znaczeniu tego słowa. Może lepiej popijać spokojnie dobrą herbatę i pozwolić, żeby to ona nas znajdywała?

A wracając do herbaty od pana Ramiza, pewnie niektórzy określiliby ją jako herbatę codzienną, ja bym jednak wszystkim życzył, żeby nasza codzienność była takiej jakości.


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Herbata na nowy rok - Tai Ping Hou Kui

Od dawna myślałem o wpisie podsumowującym stary rok pod względem herbacianym i blogowym, myślałem, że uda mi się przygotować go jeszcze w grudniu, ale miesiąc ten okazał się bardziej absorbujący, niż wcześniej przypuszczałem. Wydaje mi się jednak, że czwarty dzień nowego roku nadal przesiąknięty jest atmosferą nowości i świeżych oczekiwań i jak najbardziej nadaje się na tego typu wpis.

Miniony rok okazał się bardzo ciekawy, inspirujący i intensywny jeśli chodzi o mój herbaciany rozwój, tym bardziej, że wszystko zaczęło się na dobrą sprawę dopiero w okolicach września. To wtedy, chcąc się nieco wyciszyć i zrelaksować, po raz kolejny oglądałem w sieci nagrania ludzi parzących herbatę i w końcu doszedłem do wniosku, że skoro tak ona na mnie działa, to dlaczego nie mógłbym wiedzieć o niej więcej i samemu urządzać sobie takie wyciszające parzenia. Gdy tylko zdecydowałem się zająć herbatą na poważnie, sprawy przybrały niesamowicie intensywny obrót i jestem teraz lata świetlne od miejsca, w którym byłem jeszcze kilka miesięcy temu. Oczywiście, to dopiero początek i czeka mnie jeszcze wiele nauki, poznawania i smakowania, ale jeszcze nigdy świadomość, ile mnie czeka nie była tak ekscytująca.

Najważniejszą decyzją, niejako punktem zwrotnym, było założenie tego bloga, bo to dzięki niemu udało mi się poznać innych ludzi herbaty, niektórych nawet osobiście, co ma ogromny wpływ na moją drogę herbaty. Z początku nieśmiałe zaczytywanie się, potem nabranie odwagi i sporadyczne komentowanie wpisów na innych blogach doprowadziło do regularnej wymiany myśli, dzięki czemu herbacianą wiedzę przyswajam teraz w tempie, o jakim kiedyś nawet mi się nie śniło. Potem przyszedł czas na pierwsze prawdziwe spotkania herbaciane i już wiedziałem, że wpadłem po uszy, minąłem pierwszy zakręt na drodze herbaty i nie widząc już punktu, z którego zacząłem, nie będę wracać.
Pewnie niektórym z Was powtarzam to już do znudzenia, ale mam wrażenie, że moje życie nareszcie znalazło się na właściwym torze, a ja zacząłem zajmować się dokładnie tym, czym powinienem.

Jaką herbatę mógłbym sobie zaparzyć przy okazji pracy nad wpisem otwierającym nowy rok? Wydało mi się oczywistym, że Rok Małpy najlepiej przywitać pijąc Tai Ping Hou Kui - herbatę Króla Małp :) Ale przyprawiłem ją nieco moją niepokornością parząc ją w imbryku i pijąc z wielkiej filiżanki. Miałem wielką ochotę wypić ją właśnie w taki sposób.

Na ten nowy rok życzę tak sobie, jak i Wam, żeby pod jego koniec każdy mógł powiedzieć sobie: "warto było!"